piątek, 13 listopada 2020

Beznadzieja bytu.

 

Pamiętacie warszawski Cultum Interitum? W kwietniu i maju 2019 roku, pisałem odpowiednio o ich demie i epce (tu znajdziecie te teksty). W tym roku, po długim okresie pętania się po głębokim podziemiu, trafili pod skrzydła Godz Ov War Productions. Zaowocowało to pierwszym pełniakiem o uroczym tytule „Poison of Being”. Udowadnia on, iż zespół zasługiwał, by wreszcie zostać zauważonym przez którąś z tych większych, krajowych wytwórni. Osobiście bardzo cieszy mnie, że trafili do Grega, bo to wytwórnia skrojona pod nich. Nie boi się wypuszczać materiałów trudnych, często nieoczywistych. A taki jest pierwszy długograj Cultum Interitum.


Warszawski zespół pokazał już, że potrafi się rozwijać, zmieniać w obrębie obranej przez siebie drogi, ewoluować i zaskakiwać. Tym razem wielkiego zaskoczenia nie ma, ale bez wątpienia jest rozwój. „Poison of Being” to krążek idący drogą epki „Temple of Triumphant Death”, w innych jednak butach i trochę innym krokiem. Nie mam zamiaru skupiać się tu jednak na porównywaniu obu materiałów, bo dzielą je dwa lata, lepiej zająć się Cultum Interitum z 2020 roku. A jest czym, bo nie ma na naszej scenie wielu tak grających zespołów. „Poison of Being” to nieco ponad trzydzieści minut dźwiękowej otchłani, gęstej jak smoła oblepiająca sypiący się na nas gruz. Tytuł wydaje się być więc trafiony, tak jak i oprawa graficzna płyty. Zespół buduje – po raz kolejny – atmosferę zagłady, wrzucając nas w totalną beznadziejność, totalną niemoc i świadomość nieuchronnego końca. To nie jest wesoła płyta. To zgniatający nas walec, momentami widzimy już zmiażdżone nogi i doskonale wiemy, co za chwilę stanie się z resztą ciała. Muzyka i atmosferą są naprawdę sugestywne, tego albumu nie sposób odbierać tylko słuchem, bo on jest narzędziem bólu. Trafiają się tu też wspaniałe momenty szaleństwa, gdy panowie ruszają w dziką kanonadę, ale nawet wtedy mamy wrażenie bycia powolnie zgniatanym. Ściany korytarza pułapki nie przyspieszają, choć perkusja tak. To w dużej mierze zasługa brzmienia, w moim odczuciu bardzo dobrego, adekwatnego do stylu zespołu i jego wizji. Jest bardzo gęsto, trochę brudno a przede wszystkim potężnie. To jest ten kocioł, ta smoła i gruz. Ale wyróżnić trzeba doskonałą perkusję, w szczególności blachy. Są lekko wysunięte, co daje bardzo dobry efekt. No i wokale. E (taki pseudonim, jakby co) wykonał kawał dobrej roboty, zamykając w nich moc, szaleństwo i złowieszczość. Są ważną częścią składową atmosfery „Poison of Being”. Kończąc komplementy, muszę wspomnieć o samych kompozycjach i aranżacjach, bo w tym zakresie zespół zrobił bardzo duży krok do przodu. Pomimo, iż jest to album trudny w odbiorze, w pierwszej chwili może swą gęstością odrzucić, to warto dać mu czas, by odkryć wszystko co kryje. A jest tu naprawdę wiele ciekawych fragmentów, świetnych riffów czy aranżacyjnych smaczków. Bo oczywiście gitary nie próżnują a w kilku momentach powinny wręcz dostać medal. Tak, jest to naprawdę solidny krążek, wręcz bardzo dobry, jednak nie dla wszystkich. Takie granie trzeba lubić. Ale to oczywiste. Na koniec zdradzę tylko, że słyszałem już kolejny album zespołu i proszę państwa – to będzie cios kruszący mury już nie tylko Polski. To będzie cios zasługujący na zniszczenie co najmniej Europy. Wypatrujcie. Dziś jednak polecam Wam „Poison of Being”. Warto. 


Cultum Interitum - „Poison of Being”. Godz Ov War Productions, sierpień 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza