czwartek, 15 października 2020

Ponad kontynentami.

 

Po raz kolejny wracamy do polskich, black metalowych, lat dziewięćdziesiątych. Bardzo to miłe powroty są ostatnio, za sprawą choćby Morbid Winds, Teufelsberg czy Urwerk. Dziś jednak nie będą wracali tylko Polacy, bo Blood Stronghold to w połowie projekt australijski. Drugim jego członkiem jest legenda polskiej sceny, człowiek, którego lista projektów i zespołów jest dłuższa od książki telefonicznej, czyli Wened. W marcu wypuścili swój trzeci album, zatytułowany „Spectres of Bloodshed” i to o nim znajdziecie poniżej kilka słów. 

Australijczyk w składzie Blood Stronghold to Nightwolf, którego możecie kojarzyć z bardzo dobrego Runespell (o którym jeszcze w tym roku będę pisał). On odpowiada tu za wszystkie instrumenty poza perkusją. Przyznać muszę, że jeśli jest też odpowiedzialny za komponowanie, to jak na człowieka z drugiego końca Świata, potrafi doskonale wejść w buty ludzi, którzy trzydzieści lat temu, tworzyli black metalową scenę nad Wisłą. Mówiąc krótko – klimat tego albumu to stary Graveland/Fullmoon czy – momentami – Veles a nawet Sacrilegium. Oczywiście to tylko drogowskazy, bo nazw mogłoby tu paść więcej, ale nie lubię tego robić. Nakreślam Wam tylko kierunek. To jest baza. Ale Blood Stronghold nikogo nie kopiuje, bo od siebie dorzuca ciekawą atmosferę. To bardzo klimatyczny krążek, choć na szczęście nigdy nie określiłbym go tym nieszczęsnym terminem „atmospheric black metal” (serio, ten kto to wymyślił, powinien rzucić się z mostu). „Spectres of Bloodshed” ma w sobie ducha wojny, podniosłych czynów i idei, ale zarazem to bardzo romantyczny krążek, mistyczny i nastrojowy. To taka barbarzyńska bitwa we mgle o poranku, niby piękna, niby urzekająca, ale jednak pełna brutalności i krwi. I tak jak takie starcie oglądałoby się doskonale, tak doskonale słucha się tego krążka. Nie ma tutaj fałszywej nuty a warto podkreślić, że to dzieło trwa czterdzieści minut. Rozpoczyna je klimatyczne intro, które znawcom gatunku powie wszystko, w zasadzie wystarczy posłuchać tylko jego, by przestać czytać to co napisałem, bo wszystko będzie dla Was jasne. Potem czeka nas sześć kompozycji, rozbudowanych, choć nie do przesady, bo tu wszystko wydaje się być podporządkowane spójnej wizji black metalu Blood Stronghold. A jest to black metal raczej prosty, bez szaleństw, taki, jaki znamy z dawnych lat. Trudno więc oczekiwać wodotrysków, ale po co one komu na bardzo dobrym albumie, który nie aspiruje do miana odkrywcy nowych ścieżek? Duet kontynuuje po prostu to, co było bardzo dobre. Świetnie też wyszło brzmienie. Szczególnie perkusja, która w ogóle jest doskonała. Pamiętając wyczyny Weneda z lat dziewięćdziesiątych, jestem naprawdę zbudowany. Gdyby ktoś puścił mi ten materiał, nie mówiąc z którego jest roku, byłbym pewien, że to coś, co mnie w młodości ominęło. Udało się panom wspaniale oddać tamtego ducha i klimat. A przy okazji stworzyć siedem świetnych kompozycji i zamknąć je w spójnej całości. Brawo. Dobrze, że wciąż mamy na scenie ludzi, którzy wiedzą o co w tym wszystkim chodzi i jak to powinno wyglądać. Polecam, choć pewnie doskonale znacie już ten krążek bo premiera była w marcu. Ja zawsze jestem spóźniony. 


Blood Stronghold - „Spectres of Bloodshed”. Putrid Cult, marzec 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza