poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Potwór.


Gdy w październiku 2017 roku pisałem o debiucie Rites of Daath, określiłem krakowian jako nadzieję polskiego gruzu. Charakterystycznego, gęstego i dusznego stylu grania death metalu, który w ostatnich latach mocno się rozpanoszył, u nas jednak, przed „Hexing Graves”, nikt nie bardzo wiedział jak zrobić to na światowym poziomie i tak naprawdę nikt nie bardzo próbował. Dziś mam w rękach „Doom Spirit Emanation” i wiem, że tamte słowa nie były na wyrost. Rites of Daath udowodnił, że nad Wisłą nie ma sobie równych w zasypywaniu nas ciężarem i truciu powietrza, które nas otacza.


Zacznę jednak nie od samej muzyki, tylko tego, co pierwsze rzuca się w oczy. Od okładki. Jest ona dziełem WS Artworks i śmiało mogę stwierdzić, że to jeden z najlepszych obrazów zdobiących metalowy album, jaki widziałem w ostatnich latach. Nie jest to zaskoczenie, bo prace Igora od dawna przykuwają uwagę, ale należy przyznać, że mocno rozwinął warsztat. Brawo. Obraz ten jest nie tylko piękny, ale także symboliczny w dwóch wymiarach – po pierwsze, w moim odczuciu, świetnie pasuje do dźwięków, po drugie – doskonale ilustruje rozwój zespołu. Nie da się ukryć, że okładka debiutu to jednak nie ta liga. I choć muzycznie nie ma aż tak dużego przeskoku, to pozostaje się tylko cieszyć, że „Doom Spirit Emanation” posiada taką a nie inną oprawę graficzną. Pisząc o tym, iż dźwięki nie dokonały aż tak dużego przeskoku, mam na myśli wyłącznie fakt, że panowie trzymają się własnej konwencji, zarazem jednak czyniąc ją jeszcze lepszą. Bo w sferze samego rozwoju pod względem zagęszczenia kompozycji, skok jest spory. To zresztą jest album – potwór, który niszczy dosłownie wszystko, pożera, połyka, zasysa i pozbawia sił witalnych każdą napotkaną cząstkę i istotę. Kruszy mury i łamie kości. Jest dźwiękową otchłanią i czarną dziurą. Trójkątem Bermudzkim. Nic nie ma prawa żyć, po spotkaniu z nim. Chyba takie właśnie było założenie jego twórców i udało się to zrealizować doskonale. Jest to też krążek bardzo jednorodny, zbity, gęsty, bez wyróżniających się fragmentów, bez przebojowości i wirtuozerii, z nastawieniem na klimat, moc i ciężar. Nie jest to jednak klimat miły i komfortowy, niech nikt nawet tak nie pomyśli. „Doom Spirit Emanation” to duszne powietrze przepełnione odorem grobu, to zapowiedź rychłej śmierci, z której co pewien czas dobiegają odgłosy szaleństwa. Bo ono też tu jest. Schowane, ale w odpowiednich momentach daje o sobie wyraźnie znać, dodając albumowi uroku i czyniąc go jeszcze bardziej wiarygodnym zarazem. Tu wszystko wydaje się być na swoim miejscu i to kolejny powód, dla którego to dzieło jest tak zatrważająco potężne. Machina zagłady stworzona rękami i umysłem szalonego naukowca, tak to trochę odbieram. Nie do końca jednak, bo są tu uczucia, jest dusza i serce. I to też słychać. Ale najwięcej jest tu otchłani śmierci, ciężaru grobowej płyty i odoru gnijącego gruzu ludzkich cmentarzy. Cmentarzy świata. 

Rites of Daath nie zawiódł. Ich pełnowymiarowy debiut pokazuje wyraźnie, kto siedzi na tronie krajowego gruzu. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że ten krajowy tron, to zarazem pierwsza liga gruzu europejskiego i nie tylko. W czasach, gdy nad Wisłą dominuje zdecydowanie black metal, Rites of Daath wskakuje do grona tych nielicznych, wartych uwagi załóg death metalowych. Ale nie dlatego, że mamy klęskę nieurodzaju i rak też ryba. Nie. Po prostu dlatego, że są bardzo dobrzy w tym co robią. Bardzo. 


Rites of Daath - „Doom Spirit Emanation”. Godz Ov War Productions, lipiec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza