poniedziałek, 6 lipca 2020

Tak jak być powinno.


Teufelsberg pojawił się znikąd i nadal niewiele o nim wiadomo, poza tym, że to twór polski. Przy okazji premiery swego debiutu – „Ancient Darkness Triumphant” – zespół przekazał nam, iż pragnie przywrócić black metal na należną mu drogę, bo jak sami twierdzą – dziś już chyba nikt nie wie, czym był i powinien być ten gatunek. Drogowskazem ma być polskie podziemie lat dziewięćdziesiątych. I biorąc pod uwagę sposób, w jaki znalazłem się w posiadaniu ich pierwszej kasety, coś w tym jest.

Byliśmy umówieni na przesyłkę i faktycznie, znalazłem ją w skrzynce pocztowej, jednak jak przesyłka to ona nie wyglądała. Została tam po prostu wepchnięta przez szparę na listy. Ujęło mnie to i przez chwilę sam się do siebie uśmiechałem. Fajnie wrócić do partyzanckich czasów. Sama kaseta jednak wydana bardzo ładnie, choć oszczędnie. Czyli tak, jak lubię, bez zbędnych pierdół. Jak dotąd więc, wszystko się zgadza, tajemniczy duet wywiązuje się ze swoich słów. A jak ma się to w odniesieniu do muzyki? Tu też panowie nie zawodzą. To faktycznie jest podróż do pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych kraju nad Wisłą. Oczywiście nie tylko, jednak te inspiracje są tu najmocniej odczuwalne. Charakterystyczne brzmienie momentalnie cofa nas do najlepszych lat rodzimej sceny, ale nie tylko ono. Budowa kompozycji, melodyka, czy wokale w takim samym stopniu dają nam poczucie obcowania z materiałem, który powstał gdzieś na Dolnym Śląsku, w 1994 roku. „Ancient Darkness Triumphant” to materiał, jak na demo, dość długi, bo trwa prawie dwadzieścia pięć minut (intro plus pięć kompozycji) i mam wrażenie, że panom udało się zamknąć w nim esencję tego, jak kiedyś grało się u nas black metal. Dominacja średnich temp, okazjonalne wstawki klawiszowe i – co najważniejsze – ta wspaniała atmosfera podziemnej twórczości. Tu już nawet nie chodzi o leśne, czy piwniczne granie a o automatyczny i naturalny odbiór takich materiałów. Nie wiem, może do tego odczucia trzeba być odpowiednio starym i pamiętać lata dziewięćdziesiąte, ale wtedy właśnie nowe black metalowe wydawnictwa odbierało się jako coś elitarnego, stricte podziemnego i wyjątkowego. I od pierwszych dźwięków tego demo, miałem dokładnie takie odczucie. I to jest największy atut tego materiału, jeśli idzie o wierność tamtej scenie. Można zagrać na modłę dawnych herosów, nie każdy jednak potrafi oddać tego ducha, wzbudzić w słuchaczu tamtych uczuć. Stąd mogę podejrzewać, że muzycy Teufelsberg nie są nastolatkami, a jeśli jednak jest inaczej, to tym większy szacunek. Finalnie nie ma to znaczenia, najważniejsze, że dostałem ten materiał do rąk i po raz kolejny mogę szczęśliwy stwierdzić: duch nie umarł. Tak, to jest black metal, tym powinien być, szkoda, że czasy takie, iż trzeba o tym przypominać. Dobrze jednak, że są tacy, co w potrzebie potrafią to doskonale uczynić. Mam nadzieję, że coś jeszcze wydadzą i nie skończy się tylko na „Ancient Darkness Triumphant”, choć i to już sporo. Liczę też bardzo, że materiał ukaże się na srebrnym krążku, bo nie oszukujmy się – dobrze jest wrócić do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, ale nie we wszystkich aspektach. Do świata kaset nie mam ochoty wracać, choćby nie wiem jakie wspomnienia przynosiły (cieszę się jednak, że posiadam ten egzemplarz, bo naprawdę raduje oko). 

Polecam absolutnie wszystkim kochającym black metal. Znajdziecie ich na bandcampie, oraz oczywiście na nośniku, który kiedyś przewijaliśmy długopisem. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych. 


Teufelsberg – „Ancient Darkness Triumphant”. Signal Rex, maj 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza