wtorek, 16 czerwca 2020

W nienawiści zachowaj mnie.


Żadne dotychczasowe wydawnictwo, w którym w znaczący sposób maczał palce Klimorh, nie potrafiło do mnie trafić na tyle mocno, bym mógł powiedzieć, że naprawdę lubię. Non Opus Dei był dla mnie za każdym razem zbyt mechaniczny, Narrenwind nie potrafię przełknąć ze względu na jego wokale. Teoretycznie więc nie powinienem był nawet do Yfel 1710 podchodzić, bo to także granie odczłowieczone, mechaniczne i zimne, no i wokale – w dodatku bardzo wyraziste i ekspresyjne – są Tomka. A jednak – i tu wznoszę szklanicę – kupił mnie ten krążek od pierwszych sekund.

„Willa wisielców” przenosi nas na Warmię, by opowiedzieć kilka historii z jej dziejów. Historii mniej znanych i mniej przyjemnych. Nasuwa to pewne skojarzenia z ostatnim krążkiem Warfist, ale to odniesienie pozostanie tylko i wyłącznie w sferze pomysłu na sam album, bo oczywiście muzycznie to dwa różne światy. Odwiedzamy Kortowo, dzisiejsze miasteczko studenckie Olsztyna, choć wtedy, gdy był tam szpital psychiatryczny, o którym traktuje pierwszy utwór, dzielnica była poza granicami miasta. A w samym szpitalu działy się bardzo dziwne rzeczy. Kilka kroków stamtąd i trafiamy do willi przy ulicy Warszawskiej, w której sowieci powiesili wszystkich mieszkańców (lekarzy ze wspomnianego szpitala) i dziś znana jest jako dom wisielców. Klimorh zabiera nas też do Barczewa, do tamtejszego więzienia. W celi numer 12, czternastego pawilonu, siedział Erich Koch, gauleiter Prus Wschodnich. Jako jedyny więzień w historii tego zakładu, cały swój wyrok przesiedział w celi sam. Przeczytamy też o roku 1710, w którym to dżuma zabrała tysiące mieszkańców Olsztyna i całego regionu. Całości dopełnia niesamowity „Zachowaj mnie”, którego tekst rozbija mnie kompletnie i mógłbym go sobie wytatuować. Nie jest wesoło. Jest bardzo mrocznie, jest bardzo ludzko i bardzo źle. I dlatego doskonale sprawdza się tu taki zimny, trochę mechaniczny a na pewno bardzo odczłowieczony i pozbawiony uczuć, black metal. O takich rzeczach trudno grać w epicki, pełen gorącej pasji sposób. Tu króluje śmierć, ta brzydka, obleśna, pełna smrodu i bólu śmierć, pozbawiona uczuć i wzniosłego tła. Tu króluje ludzka przemoc i zło, wszystko to, co jeden człowiek może zrobić drugiemu, popijając równocześnie herbatę i uważając się za przyzwoitego osobnika. Czyli najgorsze zło, to które siedzi w nas i w sprzyjających okolicznościach może pokazać swą szkaradną twarz. Klimorh muzycznie zilustrował swe opowieści doskonale, jego black metal jest pełen dystansu, zimna i nienawiści, agresja bije tu agresję. Ale to co zrobił najlepiej, to partie wokalne. Bardzo wysunięte, bardzo charakterystyczne i ekspresyjne. Pełne złości i bólu. Wykrzyczane, po prostu najzwyczajniej w świecie, wykrzyczane. Ale nie tak, jak ktoś, kto myśli nad tym w studio. Tu mamy kogoś autentycznie wkurwionego, krzyczącego spontanicznie, zarazem jednak z chłodną precyzją relacjonującego nam dawne wydarzenia. Ukłony, bo jest to świetne dopełnienie muzyki i warstwy lirycznej. Zdaję sobie sprawę, że niektórych właśnie te wokale mogą trzymać z dala od „Willi wisielców”, ale bez nich ten album nie miałby takiej mocy przekazu i autentyczności. A on złem poraża. Ale nie może być inaczej, bo przecież „w złej woli i nienawiści – zachowaj mnie”. I jest to najlepsze możliwe podsumowanie tego dzieła, bo to podręcznik zadawania bólu i śmierci. Podręcznik pogardy i zimna pomiędzy ludźmi. Podręcznik, który naprawdę warto poznać. 

Całości dopełnia doskonała oprawa graficzna autorstwa niezawodnego Roberta von Rittera i oczywiście bezbłędna jakość wydania, za co brawa idą do Radka z Malignant Voices. Kielichy w górę, panowie! 


Yfel 1710 - „Willa wisielców”. Malignant Voices, maj 2020.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza