niedziela, 7 czerwca 2020

Rosyjski rodzynek.


Sporo ostatnio zaskoczeń. Najpierw Perunwit, który rozwinął się niesamowicie ciekawie, potem Chilijczycy grający jak Szwedzi a dziś Jassa, czyli rosyjski death metal, który dzięki okładce mógłby ze stuprocentową pewnością siebie, uchodzić za pogański black metal (nie lubię tego określenia, ale się przyjęło, więc stosuję dla jasności). Znajdziemy tu sylwetkę posągu wzorowanego na tym, który stoi w Muzeum Archeologicznym w Krakowie i określany jest jako Światowid ze Zbrucza. Dużo się wokół niego dzieje i warto chwilę temu obrazowi poświęcić, bo jest po prostu ładny. Zarazem jednak kompletnie mylący jeśli idzie o muzyczną zawartość „Incarnation of the Higher Gnosis” a może po prostu mam już tak spaczony mózg, że z automatu przypisuję pewne rzeczy określonym gatunkom. Bo kto powiedział, że death metal nie może mieć pogańskiego przesłania?

Poza tym, Metal Archives twierdzi, że Jassa gra black metal. Nie pierwszy raz uśmiecham się gdy widzę przypisanie do danej kategorii na tym portalu, tym razem jednak trochę racji muszę oddać. Po pierwsze Jassa nie gra czystego death metalu, bo jest tu sporo elementów black. Po drugie, nie wiem co grali wcześniej, bo to ich trzeci krążek, nie wykluczone więc, że kiedyś był to czysty jak śnieg black metal. Po trzecie black metal to ideologia a ta, którą niesie krążek rosyjskiego zespołu, jest jak najbardziej dla niego odpowiednia. Tak więc umówmy się, że jesteśmy świadkami pewnego balansowania na granicy gatunków, choć stricte muzycznie albumowi bez wątpienia bliżej do death metalu. A z nim wiąże się kolejne zaskoczenie. Nigdy nie byłem fanem rosyjskiej szkoły grania tego gatunku, szczerze mówiąc trudno mi bez głębszego zastanowienia, wymienić jakiś warty uwagi zespół a Jassa, moi mili, jak najbardziej robi niezłe wrażenie. Nie dam się tu ponieść zbytniemu entuzjazmowi, ale to ciekawy materiał, potrafił zatrzymać mnie przy sobie na więcej niż jeden odsłuch (więcej nawet niż dwa!) – a to już sporo. I nie było to spowodowane recenzenckim obowiązkiem, tylko szczerą chęcią poznania go bliżej. Rosjanie potrafią bowiem wpleść w swój death metal pogańską atmosferę i robią to naprawdę udanie. Co ciekawe, grają death spod znaku lekkich połamańców, bliżej im do technicznych przedstawicieli sceny, niż do tych idących na żywioł, tym bardziej więc zaskakują klimatem i atmosferą. Gdyby ktoś powiedział mi, że da się udanie te elementy połączyć, tylko bym się zaśmiał, teraz jednak wiem, że owszem – da się. Mamy tu mieszankę szybkościową, choć pewnie gdyby wyliczyć średnią, to właśnie średnie tempa byłyby najczęstszymi. Ale panowie bardzo udanie zwalniają i to właśnie te chwile niosą ze sobą najwięcej atmosfery i w tych momentach Jassa podoba mi się najbardziej. Nad całym materiałem unosi się ponury duch, jakby zwiastun czegoś tragicznego, czegoś nieuchronnego i czegoś, co budzi nienazwany lęk. Dodaje to albumowi smaku i atrakcyjności oraz dobrze koresponduje z ciężkimi riffami a nawet sporą dawką potężnej brutalności, której tu pomimo wielu klimatycznych momentów, nie brakuje. Jestem pod sporym wrażeniem wyczucia i umiejętności Rosjan, bo udało im się zbudować coś naprawdę oryginalnego i ciekawego, z elementów pozornie prostych i nie do końca sobie pisanych. Wspominałem o dwóch odsłuchach, jednak fakty są takie, że mam ich za sobą dużo więcej i za każdym razem mocniej wsiąkam w ten album. Nadal nie będę tu piał z zachwytu, bo to żaden wybitny krążek, ma jednak w sobie coś bardzo niepokojąco urokliwego. I to przyciąga. Na tyle, że będę wracał. 

Dodam na koniec, że album ten nie jest tegoroczną nowością. Premierę miał w 2017 roku, nie ukazał się jednak jak dotąd na CD (był winyl i wersja cyfrowa). Fajnie, że Werewolf Promotion naprawił ten błąd. Polecam. 

Jassa - „Incarnation of the Higher Gnosis”. Werewolf Promotion, marzec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza