poniedziałek, 22 czerwca 2020

Kamień z serca.


Szesnaście lat. Szmat czasu. Tyle przyszło nam czekać na czwartego długograja Armagedda. Tylko czy aby na pewno ktokolwiek jeszcze czekał? Prawdopodobnie większość postawiła już krzyżyk przy szwedzkim duecie, pochlipując cicho przy „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV” i godząc się z myślą, że kolejnego tak dobrego albumu Armagedda nie usłyszą. Sam byłem wśród tych, którzy stracili nadzieję, wiem więc o czym mówię. A tu jak nie gruchnie wieść! Będzie kolejny! Radość mieszała się z niepewnością co do zawartości, była to jednak obawa kompletnie niepotrzebna. „Svindeldjup ättestup” to godny następca swego dużo młodszego poprzednika. I w dużej mierze jego kontynuacja.

Widać to już na okładce, bo znajdziemy tam obraz zdobiący „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV”. I jest to jak najbardziej uzasadnione muzycznie. Armagedda gra siebie sprzed szesnastu lat, nie stara się mówić czegoś nowego. Gdyby ktoś wydał te dwa albumy jako jedno wydawnictwo, nikt nie zorientowałby się, że dzieli je aż taka przepaść czasowa. Polecam przesłuchanie jednego po drugim, będziecie wiedzieli o czym mówię. Podejrzewam jednak, że zatwardziałym fanom nie muszę takich oczywistości przekazywać. Ważne jest to, co jest nieoczywiste. Paradoksalnie, jest to dokładnie to samo. Pomyślcie, szesnaście lat przerwy, nagrywacie kolejny krążek i wychodzi on jak naturalna kontynuacja poprzedniego. Ale to jeszcze nic, bo ta kontynuacja jest w moim odczuciu lepsza od poprzednika. „Ond...” był świetnym krążkiem, ale tu są takie momenty, że klękajcie narody. Ten album nie ma słabych chwil, ale najważniejsze jest to, że panom udało się zachować ducha i atmosferę poprzednika. A to nie jest wcale takie proste i oczywiste, kiedy masz taką przerwę. I brzmi to jak najbardziej szczerze, nikt tu nic na siłę nie robił. To tak jakby dwóch gości spotkało się po latach i z miejsca wiedzieli co grać, rozumieli się bez słów. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze bo pokazuje, że duch nie zginął. Serce wciąż pompuje tę samą krew. I za to należy się panom szacunek, bo nie jest łatwo wrócić po tylu latach, w takim stylu. Black metal, który nam oferują jest bogaty, przepełniony chodem ale zarazem jakąś taką bliskością, czarem i urokiem. Jest nienawistny ale z drugiej strony melodyjny i chwytliwy. Trzeba naprawdę być dobrym w te klocki, by w taki sposób te cechy ze sobą połączyć. Ci panowie są. Słuchając „Svindeldjup ättestup” dochodzę do wniosku, że to wielka szkoda, iż tak długo milczeli, bo z ich potencjałem twórczym, mogliśmy dostać kilka takich albumów i nawet, gdyby nie były tak dobre jak ten, wszyscy byliby zadowoleni. Z drugiej strony dostaliśmy krążek bardzo dobry, co należy docenić i cieszyć się, że się ukazał. Nie mogłem oczekiwać więcej, bo nie sądziłem, że panowie po tylu latach będą potrafili tak dobrze nawiązać do swoich najlepszych dni. A oni te moje oczekiwania totalnie przeskoczyli. Nie wiem czy kiedykolwiek ukaże się kolejny album Armagedda, ale teraz już o to nie dbam. Bo mam „Svindeldjup ättestup” i w tej chwili nie potrzeba mi więcej do szczęścia. Udźwignęli to, gratulacje. Szwedzi powiedzieliby grattis, ale tu nic nie jest gratis, wszystko zostało odpowiednio wycenione. Koszt: spełnione oczekiwania i kamień z serca. 


Armagedda - „Svindeldjup ättestup”. Nordvis Produktion, maj 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza