czwartek, 4 czerwca 2020

Europejskie Chile.


Mam już swoje lata i niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć (poza zadyszką na trzecim piętrze, gdy winda nie działa – kiedyś sapałem dopiero na piątym i wciąż nie mogę się przyzwyczaić), bywają jednak takie momenty, w których jestem szczerze zdziwiony. Tak było, gdy w trakcie pierwszego odsłuchu „Vortex Towards Death”, postanowiłem zaczerpnąć informacji o jego autorach, Gates of Tyrant. Dałbym sobie rękę uciąć, że to jakiś europejski zespół, stawiałbym na Szwecję. No i nie miałbym ręki, bo panowie są z Chile. A Chile jak wiadomo leży w Ameryce Południowej. A ta, jak wiadomo, słynie z bestialskich produkcji, wiejących siarką i smołą na tysiące kilometrów.

W żadnym stopniu nie mam zamiaru odbierać pełnowymiarowemu debiutowi Gates of Tyrant smoły czy siarki, jednak to nie ten poziom. Nawet okładka ich nie zdradziła, bo jest po prostu dużo bardziej cywilizowana i nie wyskakują z niej setki kozłów gwałcących aniołki, nie wysypują się tony czaszek i nie ma tu Jezusa umęczonego jak więzień polityczny w Moskwie lat pięćdziesiątych. Udany kamuflaż, ale nie ze mną te numery panowie, na szczęście mamy internet a w nim Metal Archives, który informuje przy okazji, że Gates of Tyrant ma na koncie – poza „Vortex Towards Death” - demo z 2014 roku. Nie jest to okazały dorobek, ale to bez znaczenia. To co ważne, znajduje się na ich pierwszym dużym krążku. Trzydzieści cztery minuty solidnego black metalu, zagranego klasycznie, z naciskiem na scenę szwedzką. Sześć kompozycji, które nikogo niczym nie zaskoczą, ale też nikogo nie zniesmaczą. Ani nie zanudzą. Lekcja została odrobiona sumiennie, odpowiednie wnioski wyciągnięte, ale co najważniejsze, przyjęte głównie dobre wzorce. W zasadzie jedynie, bo tu po prostu nie ma się do czego przyczepić. Ciekawe melodie, dość oszczędne, ale budujące klimat, bardzo dobra praca gitar i perkusji, solidny wokalista i brzmienie, które jest zarazem klarowne i podziemne. Jedynym zarzutem wobec pierwszego albumu Chilijczyków, jaki na siłę mogę znaleźć, to brak pierwiastka, który wyróżniłby go spośród setek takich krążków. No dobra, może pewnie wystartować w konkursie na „najbardziej europejski album z Ameryki Południowej” i ma spore szanse co najmniej na podium. Koniec końców to się jednak zupełnie nie liczy, bo kto powiedział, że w Chile mają grać tak jak w Brazylii a nie wspomnianej już Szwecji? Jeśli komuś taki black metal w duszy gra, to cudownie, bo mi też. Nic nie mam do typowego dla tamtejszych zespołów stylu, jednak bliższa ciału koszula a ja się przecież w tej koszuli wychowałem. I dlatego bardzo dobrze słucha mi się tego krążka, ma odpowiednią długość, nie grozi więc przejedzenie. Pewnie nie będę do niego bardzo często wracał, ale jest na tyle fajny, że mam zamiar śledzić przyszłe losy Gates of Tyrant, bo może się w ich twórczości wydarzyć jeszcze sporo dobrego. Nie mam szklanej kuli, ale za dobry omen wystarczy mi „Vortex Towards Death”. 


Gates of Tyrant - „Vortex Towards Death”. Putrid Cult, kwiecień 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza