poniedziałek, 29 czerwca 2020

Black metal w mundurze.


Holenderski Standvast, choć nie gra od wczoraj, jest dla mnie nową nazwą. Jest jednak pewien łącznik ze znaną mi częścią tamtejszej sceny, pod postacią Nortfalke, muzyka grającego również w Uuntar (pisałem ostatnio o tym zespole przy okazji splitu z Evilfeast). Standvast to jednak zupełnie inna bajka, kompletnie odmienne oblicze holenderskiego multiinstrumentalisty. O ile Uuntar to atmosfera, mrok i romantyzm, o tyle Standvast jest jak buty maszerujących zwycięzców, niemiłosiernie depczące każdy sprzeciw i opór. A w tle powiewają sztandary i płoną pochodnie.

Standvast to po prostu black metal w mundurze, będący z jednej strony jak maszerująca armia, czy pancerne dywizje w natarciu, z drugiej – jak dyktator przemawiający do tłumów. To pierwsze odnosi się oczywiście do motoryki muzyki, jej siły i mocy. Drugie oddaje w jakimś stopniu atmosferę tego krążka, choć oczywiście bez pierwszego nie byłoby tego odczucia. Generalnie „Oersymboliek” to bardzo militarystyczny black metal i dużo bardziej „war metal”, niż wszystkie kapele tak określane (zawsze zastanawia mnie, czemu ktoś na odkurzacz postanowił mówić wojna). Utwory są tu krótkie (najdłuższy ma pięć minut a cały album trwa pół godziny), jak precyzyjne i celne ciosy, bądź szybkie armatnie kanonady. Panowie nie bawią się w zwolnienia, aczkolwiek potrafią w te swoje średnie i szybkie tempa wpleść trochę melodii. Niewiele, ale na tyle dużo, byśmy się nie nudzili. Swoją drogą trudno o to, bo ten krążek po prostu przelatuje przez głośniki jak pocisk. Nie jest to black metal typowy dla drugiej fali, on jest wzmocniony, co przejawia się w brzmieniu, ze sporymi wpływami rockowej motoryki. Odnoszę się tu jednak do rocka mocnego i ciężkiego, nie zawsze popularnego i poprawnego politycznie. Standvast też poprawny nie jest, ale to w końcu black metal, nie ma więc co się dziwić. Jest tu też kilka takich chwil, w których od black metalu przechodzimy do rock’n’rolla, robi się tanecznie i wesoło, ale tak naprawdę jest to taniec na mogiłach przeciwników. Znajdziemy też kilka wycieczek do lat osiemdziesiątych, bo i thrashowa czy wręcz punkowa motoryka się tu wkrada. Wszystko to jednak służy jednemu celowi – wzmocnieniu przekazu i odbioru, oraz oczywiście wzbogaceniu samej muzyki. Nie zmienia to faktu, że album jest spójny, dający wrażenie jednego, zwartego i gotowego na wszystko batalionu szturmowego. Nie ma większego sensu dalsze rozpisywanie się o tym krążku, wystarczy, że powiem, iż jest to kolejny przykład na dzisiejszą moc holenderskiej sceny. Polecam. Nie jest to oczywiście żaden wielki album, który zmieni Wasze postrzeganie muzyki, ale jeśli szukacie ciosu w mordę, to „Oersymboliek” jest dla was. 


Standvast - „Oersymboliek”. Werewolf Promotion, kwiecień 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza