poniedziałek, 29 czerwca 2020

Black metal w mundurze.


Holenderski Standvast, choć nie gra od wczoraj, jest dla mnie nową nazwą. Jest jednak pewien łącznik ze znaną mi częścią tamtejszej sceny, pod postacią Nortfalke, muzyka grającego również w Uuntar (pisałem ostatnio o tym zespole przy okazji splitu z Evilfeast). Standvast to jednak zupełnie inna bajka, kompletnie odmienne oblicze holenderskiego multiinstrumentalisty. O ile Uuntar to atmosfera, mrok i romantyzm, o tyle Standvast jest jak buty maszerujących zwycięzców, niemiłosiernie depczące każdy sprzeciw i opór. A w tle powiewają sztandary i płoną pochodnie.

czwartek, 25 czerwca 2020

Czar prysł.


Doceniam konsekwencję Białorusinów w kwestii oprawy graficznej swoich wydawnictw. Człowiek bierze do ręki ich płytę i od razu jasnym jest, że to Ljosazabojstwa. I tak jak nie lubię digipaków, trochę żałuję, że ich pełnowymiarowy debiut - „Głoryja śmierci” - nie ukazał się w takim formacie. Pięknie wyglądałby obok dwóch poprzednich materiałów. Nie można mieć wszystkiego, poza tym, jewel case to jewel case, no i krążek wydany jest doskonale, więc kompletnie nie ma powodów do narzekań. Ot, taka fanaberia. Miłym zaskoczeniem było pojawienie się, wraz z albumem, koszulki, która, z tego co wiem, sprzedaje się świetnie. To nie dziwi, pokazuje jedynie, że Ljosazabojstwa to zespół ceniony w podziemiu. I to również nie może dziwić.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Kamień z serca.


Szesnaście lat. Szmat czasu. Tyle przyszło nam czekać na czwartego długograja Armagedda. Tylko czy aby na pewno ktokolwiek jeszcze czekał? Prawdopodobnie większość postawiła już krzyżyk przy szwedzkim duecie, pochlipując cicho przy „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV” i godząc się z myślą, że kolejnego tak dobrego albumu Armagedda nie usłyszą. Sam byłem wśród tych, którzy stracili nadzieję, wiem więc o czym mówię. A tu jak nie gruchnie wieść! Będzie kolejny! Radość mieszała się z niepewnością co do zawartości, była to jednak obawa kompletnie niepotrzebna. „Svindeldjup ättestup” to godny następca swego dużo młodszego poprzednika. I w dużej mierze jego kontynuacja.

czwartek, 18 czerwca 2020

Na piwie z Czortem.


Z wokalistą Czorta znamy się od lat. Kiedy więc ukazał się „Apostoł”, drugi album zespołu (o nim tutaj), obiecaliśmy sobie wywiad. Nie od razu udało się zgrać terminy, bo obaj jesteśmy ludźmi zajętymi pracą i rozrywką, wreszcie jednak spotkaliśmy się w naszym rodzinnym mieście i zasiedliśmy przy kuflu. A co może wyniknąć ze spotkania dwóch starych kolegów, mających zrobić profesjonalny wywiad? Na pewno nie to ostatnie. Raczej luźna rozmowa. Zapis takowej znajdziecie poniżej. Ukłony dla tych, którzy dobrną do końca.

wtorek, 16 czerwca 2020

W nienawiści zachowaj mnie.


Żadne dotychczasowe wydawnictwo, w którym w znaczący sposób maczał palce Klimorh, nie potrafiło do mnie trafić na tyle mocno, bym mógł powiedzieć, że naprawdę lubię. Non Opus Dei był dla mnie za każdym razem zbyt mechaniczny, Narrenwind nie potrafię przełknąć ze względu na jego wokale. Teoretycznie więc nie powinienem był nawet do Yfel 1710 podchodzić, bo to także granie odczłowieczone, mechaniczne i zimne, no i wokale – w dodatku bardzo wyraziste i ekspresyjne – są Tomka. A jednak – i tu wznoszę szklanicę – kupił mnie ten krążek od pierwszych sekund.

niedziela, 14 czerwca 2020

Uważajcie na duszę!


Kiedy wydawca – na dwa tygodnie przed premierą – pyta cię z jakimi zespołami kojarzysz muzykę projektu, którego debiut ma wydać, nie lekceważ tego pytania, bo przecież już dawno powinien to wiedzieć. Zadaj sobie kolejne, bo na tamto i tak nie potrafiłeś odpowiedzieć. Dlaczego on to robi? Co jest grane? Na to odpowiesz, bo słuchałeś już tego materiału i wcale nie dziwisz mu się, że szuka pomocy a każdy, kogo zapyta, udziela innej odpowiedzi. Bo Weresoul to kocioł, diabelska mieszanka, muzyczna mikstura, której nie da się jednoznacznie określić, zważyć i odnieść. Każdy znajdzie tu co innego – jedni radość, inni łzy. Strach lub odwagę, zwycięstwo albo śmierć – jak ta pani, rozpaczliwie przed kimś, lub czymś, uciekająca. Od jej przerażonego oddechu wszystko się zaczyna…

czwartek, 11 czerwca 2020

Teatr jednego aktora.


Nie zawsze po drodze mi z wydawnictwami Ván Records, jednak w przypadku pełnowymiarowego debiutu Bezwering, spotkaliśmy się na tej samej ścieżce. Holendrzy rozpoczęli wydawniczą drogę w zeszłym roku, za sprawą demo „Voortekenen”, nie dane było mi go jednak poznać. Nie jest to wielki problem, bo obie kompozycje na nim zawarte, znajdziemy też na tegorocznym „Aan de wormen overgeleverd”. Plus oczywiście kilka nowych a wszystkie razem dają album naprawdę udany i ciekawy, z jednym elementem bardzo oryginalnym i w jakimś stopniu ten krążek definiującym.

wtorek, 9 czerwca 2020

Drzewa w złocie.


Na horyzoncie widać już coraz wyraźniej nowy album Throneum, nim jednak pojawi się fizycznie w naszych domach, warto poznać nowy materiał Solium, projektu personalnie mocno związanego ze wspomnianymi weteranami sceny. Stoją za nim dwaj doświadczeni muzycy – lider Throneum, tu znany jako Motor Immobilis, oraz – uwaga! - Diabolizer, człowiek, który za jakiś czas będzie pewnie musiał podwoić liczbę rąk i nóg, by podołać wszystkim swoim muzycznym wyzwaniom (tu także odpowiada za teksty). Nowe dzieło nosi tytuł „Urwerk”, trwa dziewiętnaście minut i możemy trzymać je w rękach dzięki Old Temple.


niedziela, 7 czerwca 2020

Rosyjski rodzynek.


Sporo ostatnio zaskoczeń. Najpierw Perunwit, który rozwinął się niesamowicie ciekawie, potem Chilijczycy grający jak Szwedzi a dziś Jassa, czyli rosyjski death metal, który dzięki okładce mógłby ze stuprocentową pewnością siebie, uchodzić za pogański black metal (nie lubię tego określenia, ale się przyjęło, więc stosuję dla jasności). Znajdziemy tu sylwetkę posągu wzorowanego na tym, który stoi w Muzeum Archeologicznym w Krakowie i określany jest jako Światowid ze Zbrucza. Dużo się wokół niego dzieje i warto chwilę temu obrazowi poświęcić, bo jest po prostu ładny. Zarazem jednak kompletnie mylący jeśli idzie o muzyczną zawartość „Incarnation of the Higher Gnosis” a może po prostu mam już tak spaczony mózg, że z automatu przypisuję pewne rzeczy określonym gatunkom. Bo kto powiedział, że death metal nie może mieć pogańskiego przesłania?

czwartek, 4 czerwca 2020

Europejskie Chile.


Mam już swoje lata i niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć (poza zadyszką na trzecim piętrze, gdy winda nie działa – kiedyś sapałem dopiero na piątym i wciąż nie mogę się przyzwyczaić), bywają jednak takie momenty, w których jestem szczerze zdziwiony. Tak było, gdy w trakcie pierwszego odsłuchu „Vortex Towards Death”, postanowiłem zaczerpnąć informacji o jego autorach, Gates of Tyrant. Dałbym sobie rękę uciąć, że to jakiś europejski zespół, stawiałbym na Szwecję. No i nie miałbym ręki, bo panowie są z Chile. A Chile jak wiadomo leży w Ameryce Południowej. A ta, jak wiadomo, słynie z bestialskich produkcji, wiejących siarką i smołą na tysiące kilometrów.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Niespodzianka.


Perunwit w mym muzycznym świecie obecny jest od bardzo dawna. Jako młody zapaleniec łykałem z ideologicznym zapałem materiały „Perkunu Yra Dang”, choć nie oszukujmy się, były dość prymitywne. Ale nie o wyrafinowanie wtedy chodziło. Dużą zmianę przyniósł album „Wszystkie odcienie szarości”, najbardziej metalowy i rozwinięty pod względem instrumentarium. Był zarazem ostatnim, któremu poświęciłem uwagę i czas. Od tamtej pory zdążyli wydać dwa krążki, ale ich kompletnie nie znam. Teraz trzymam w ręku split z Krainą Ziemi, który zadziwił mnie niezwykle pozytywnie. Dla mnie Perunwit powrócił.