czwartek, 7 maja 2020

Zdunk, Kramer i stosy.


21 sierpnia 1811 roku, w Reszlu na Warmii (wtedy Prusy, dziś Polska), spalona została na stosie Barbara Zdunk. Oskarżona o podpalenie (oczywiście dorzucono jej czary, którymi miała tego czynu dokonać), którego nigdy do końca nie wyjaśniono. Przeszła długi proces, zamknięta w więzieniu pracowała dla swych oprawców jako prostytutka, rodziła za kratami dzieci. Wedle oficjalnych danych, był to ostatni europejski przypadek spalenia na stosie. Historię tę, jak i kilka innych, związanych z inkwizycją i stosami, przybliża nam na swym debiucie - „The Last Witch” - krakowski Igne Crematur, który czarownicom poświęcił tu wszystko, od swej nazwy i logo, przez teksty po oprawę graficzną.

I to naprawdę robi bardzo dobre wrażenie. Kwestie graficzne, jak i wizerunkowe zostały dopracowane bardzo udanie. Przyjemnie ogląda się tę płytę. Trochę ponarzekać muszę na teksty, bo tematyka jest na tyle ciekawa, że można było postarać się bardziej. Ze względu na swą formę, ciekawe są ostatnie dwa, jednak na przykład ten poświęcony pani Barbarze, delikatnie mówiąc niedomaga. Nie chcę zdradzać wszystkiego, ale przeczytacie tu o Heinrichu Kramerze, autorze „Malleus Maleficarum”, czy „kołysce Judasza” - narzędziu i zajęciu zarazem, uprzyjemniającym czas tym, którzy rzekomo odeszli od Jezusa. Zapominając więc na chwilę o kunszcie literackim członków Igne Crematur, przyznaję wysoką notę za sfery pozamuzyczne tego niedługiego materiału. Prawie dwadzieścia minut. Sześć kompozycji, w tym ciekawe intro. Najprościej rzecz ujmując, mamy do czynienia z death metalem. Trudno jednak w przypadku „The Last Witch” iść na skróty, bo to materiał trochę bardziej złożony. Death metal jest tu punktem wyjścia i największą składową, ale panowie dorzucają trochę black metalowego jadu i odrobinę thrashowej motoryki. Materiał nabiera dzięki temu trochę powietrza, zyskuje chwilami na lekkości a to prowadzi do fajnych wybuchów energii. Zagrane to wszystko jest z pomysłem. Szybko da się zauważyć, że numery nie były pisane na kolanie, są urozmaicone, ciekawie zaaranżowane. Praca gitar robi bardzo pozytywne wrażenie – riffy dają radę, melodie są dobrze wkomponowane w klimat materiału a momentami, pojawiają się świetne szaleńcze wstawki a nawet udane solówki. Jedyna rzecz, która trochę psuje mi odbiór debiutu krakowian, to wokale. To ciekawe, bo odpowiada za nie weteran i stary wyjadacz, Slav, którego możecie kojarzyć choćby z Cadaveric Possession. Nie są to złe partie, bo generalnie robi wszystko jak należy, po prostu tak głęboki growl nie do końca komponuje mi się z resztą dźwięków. Operuje on tu dwoma głosami, i ten drugi, bardziej black metalowy, wydaje mi się bardziej na miejscu, jednak ¾ materiału to growl z najgłębszych czeluści. Oswoiłem się z tym po kilku odsłuchach, jednak jest to coś, co zmieniłbym w przyszłości. Albo choć trochę cofnął ścieżki wokalu, bo momentami mam wrażenie, że to występ solisty, wsparty zbyt cichym akompaniamentem. Za duża dominacja, szczególnie, że w kwestii instrumentów, w każdym momencie tego materiału, dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy. To naprawdę bardzo udany death metal i tak jak nie jestem w ostatnich latach wielkim fanem tego gatunku, to panowie z Igne Crematur naprawdę robią robotę. Bardzo solidny debiut, ale przede wszystkim, fajny pomysł na materiał (pani Barbara może być dumna), ciekawe wykonanie, spójny efekt końcowy. To wszystko dobrze rokuje na przyszłość. 

Ktoś kiedyś powiedział, że ostatni będą pierwszymi. „The Last Witch” to pierwsze dzieło Igne Crematur, na tyle interesujące, że warto czekać na kolejne. 

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że materiał pierwotnie ukazał się na kasecie, w czerwcu 2019 roku. 


Igne Crematur - „The Last Witch”. Panzer Battalion, marzec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza