poniedziałek, 25 maja 2020

Z wizytą w Laponii.


Purity Through Fire, prężnie działająca niemiecka wytwórnia, potrafi w ostatnim czasie wypuścić naprawdę mocne krążki. Wystarczy wspomnieć ostatnie albumy Neptrecus („Ars Gallica” - tutaj) czy Mavorim (o „Axis Mundi” tu) i skala poziomu staje się jasna. Może nie wszystko sygnowane tym logiem jest wybitne, jednak poniżej bardzo solidnego poziomu wydawnictwa nie schodzą. Warto śledzić premiery, które są częste, zapewniam, że znajdziecie sporo wartych uwagi produkcji. Choćby debiut Finów zrzeszonych pod nazwą Nôidva. „Windseller” ukazał się w marcu i jestem mocno zdziwiony, że nie odbił się w podziemiu szerszym echem, gdyż jest to materiał porywający!


Finlandia, można się więc było tego spodziewać, ale przecież nawet stamtąd trafiają się albumy co najwyżej przeciętne. Nie jest to problemem debiutantów z Nôidva, ich krążek powinien w tej chwili fruwać gdzieś nad całą sceną i dawać przykład – tak się to robi, chłopcy i dziewczęta! Bo to po prostu jeden z lepszych debiutów w ostatnich miesiącach, dający ogromną nadzieję na wspaniałe, przyszłe doznania muzyczne. Jesteśmy jednak tu i teraz i na razie musi nam wystarczyć „Windseller”. I wystarcza – cieszę się nim od dwóch miesięcy i nie mam dość. Piątka Finów może i debiutuje pod tym szyldem, ale czterech z nich udziela się także w kilku innych projektach. Nie są to jednak bardzo znane nazwy (choć pewnie niektórym z Was Riivaus coś mówi), podejrzewam, że niedługo najbardziej znani będą właśnie dzięki Nôidva. Ciekawie rozkłada się podział obowiązków, bo mamy tu trzech wokalistów i ten zabieg doskonale się sprawdza. Obok klasycznych gatunkowych krzyków (bardzo dobrych), pojawiają się charakterystyczne śpiewy, mnie osobiście kojarzące się z joik, czyli ludowym śpiewem Saamów – ludu zamieszkującego Laponię. Nie jestem specjalistą, mogę więc się mylić, w każdym razie jest to bardzo podobne. Joik był też częścią szamańskich rytuałów, zakazanych przez stulecia, pasuje więc do black metalowego krążka w wymiarze ideologicznym. W sferze dźwięków, teoretycznie dalekich od siebie o całe galaktyki, panowie też sobie poradzili, bo komponują się te style ze sobą świetnie, tworząc spójną całość. Bardzo oryginalny pomysł, dodający muzyce zespołu uroku i mistycyzmu. Podstawę krążka stanowi oczywiście black metal. I to jaki! Energia wprost rozsadza ten materiał, który zbudowany jest na naprawdę świetnych riffach. Ta muzyka pędzi jak bojer, niesiony wiatrem po lodzie a zarazem płynie jak wartki nurt, znający swój kierunek w dobrze wyżłobionym korycie. Muzyka sprawia wrażenie przemyślanej, nie ma tu chaosu, wszystko ma jakąś przyczynę i cel, zarazem jednak kipi w tych dźwiękach szaleństwo. Finowie dają nam masę agresji i energii, nie zapominając jednak o klimacie. Można przecież grać szybko a zarazem nieść atmosferę, choćby podniosłą, lekko podszytą rozpaczą i tęsknotą. Wspaniale uwypuklają ją melodie gitarowe, oraz wspomniane już wokale – lekko histeryczne, ale gdy trzeba agresywnie zniżone. Tu w ogóle wiele rzeczy się miesza i wiele rzeczy miało wpływ na finalny obraz tego krążka, bo gdybyśmy chcieli szukać odniesień, lista byłaby długa. Muzycy Nôidva potrafią momentalnie zmienić nastrój, styl, atmosferę swej muzyki. Robią to płynnie, naturalnie, jakby mieli to we krwi. To wielkie bogactwo „Windseller” oraz dobry prognostyk na przyszłość, bo jak takie cuda wyczynia się na debiucie, to aż strach pomyśleć co nas jeszcze czeka! 

Jestem oczarowany. Takiej muzyki chcę słuchać. Debiut marzenie. Pozostaje tylko upolować fizyczne wydanie no i czekać cierpliwie na kolejne krążki. Finlandio, jak cię nie kochać? 


PS Człowiek snuje domysły, szuka, grzebie a potem zauważa, że tytuł utworu wykonanego w tym charakterystycznym, ludowym stylu, brzmi „Häilän Joiku”. Wszystko jasne. 


Nôidva - „Windseller”. Purity Through Fire, marzec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza