niedziela, 3 maja 2020

Na dopingu.


Dziś przed Wami album, którego tytuł trudno wymówić, bez łamania języka. Właściwie jest to niemożliwe za pierwszym czy drugim razem. W każdym razie ja nie daję rady, końcówka morduje. Finowie mają zdolności do tworzenia takich słów. Ale mają też talent do black metalu i to powinna być dla nas najważniejsza informacja. Szczególnie, że Korgonthurus pochodzi właśnie stamtąd i niedawno wypuścił swój kolejny krążek. Słucha się go dużo lepiej, niż wymawia jego tytuł. „Kuolleestasyntynyt” to czysta przyjemność dla wielbicieli klasycznego black metalu na sterydach.

Trzeci album w historii zespołu to huragan i niszczycielska fala. Nie wiem, może podczas miksów ktoś wstrzyknął w taśmę matkę, kilka litrów niedozwolonych substancji dopingujących, bo to co się dzieje podczas tych prawie czterdziestu minut, określić można tylko w jeden sposób – szaleństwo. No dobra, zwalniają i łagodnieją, ale dopiero w ostatnim numerze. Możliwe, że dawka była za mała. Jednak siedem wcześniejszych kompozycji to jest energia totalna. I nie przejawia się ona wyłącznie w prędkości, oj nie. Tu jest moc, momentami potężna. To black metal ale doprawiony mocą death metalu, jego majestatyczną potęgą. Z połączenia tych dwóch żywiołów otrzymujemy niszczycielską machinę, która przewala się przez głośniki bez pardonu. Czterdzieści minut mija momentalnie, może i dobrze, że kończący album „Nox”, to utwór relatywnie spokojny – można chwilę odsapnąć. A już wieńcząca go gitara akustyczna jest jak wygodne łóżko po dniu wędrówki. Świetna chwila wypoczynku przed kolejnym odsłuchem, bo od „Kuolleestasyntynyt” trudno się uwolnić. Męczę go regularnie, właściwie to męczymy się wzajemnie. Ale, nic to dziwnego, bo ten krążek to nie tylko moc, energia, szybkość i siła. To także świetne riffy, bardzo ciekawe aranżacje, kompozycyjne zróżnicowanie, nie dające wpaść w znudzenie czy jakiś trans. To doskonałe gitary i perkusja, których brzmienie po prostu powala. Zapomnijcie o mroźnej północy, przywitajcie północ potężną i mięsistą. Północ wyczuwalną, obecną – czasami nawet dość mocno - ale ukrytą za grubą ścianą mocy i ognia w brzmieniu. No i te szalone, dzikie i momentami histeryczne wokale! Wprowadzają do muzyki Korgonthurus kolejną dawkę szaleństwa, energii i mocy, powodując, że wskazówka znajduje się niebezpiecznie blisko końca skali. Tak, momentami siedzę i czekam aż to wszystko wybuchnie, rozleci się w drebiezgi, bo trudno przewidywać inny koniec – tak potężny to ładunek. Ale Finowie wiedzą lepiej, na sekundę zrzucają nogę z gazu – tak akurat bym otworzył oczy, czekające na zagładę – i znowu pędzą ku zatraceniu. Coś pięknego. Doskonale opanowali balansowanie na granicy potęgi i chwytliwości, mocy i atrakcyjności. Dawno nie słyszałem czegoś tak energetycznego w swej całości, tak dobrze brzmiącego a przy tym wyważonego (w swym przedziale oczywiście, bo w odniesieniu do ogółu, trudno tu mówić o zachowawczości). Krążek, który polecam każdemu. Ostatnio nawet pani w spożywczaku zapisałem jego nazwę na karteczce. Za piątym podejściem, ale udało się. 

A najlepsze jest to, że kompletnie nie wiązałem z tym albumem żadnych oczekiwań. Bo wszystkie poprzednie krążki Korgonthurus uważałem za przeciętne, no – co najwyżej solidne. Ale z Finlandią to już tak jest – nigdy nie wiesz kiedy i czym Cię zaskoczy. Może to być śnieg w maju, łoś na drodze, sauna na środku jeziora albo doskonały album black metalowy (po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że to ostatnie wcale nie jest takie zaskakujące, to wręcz norma; tak, to było głupie porównanie, poza tym – łoś na drodze rodowitych Finów też nie zaskoczy, jedynie obcokrajowców, choć też pewnie nie wszystkich, bo taki Rosjanin mieszkający w Karelii też często je widuje... dobra, "kończ waść, wstydu oszczędź", to dobre słowa by zakończyć ten tekst). 


Korgonthurus - „Kuolleestasyntynyt”. Woodcut Records, marzec 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza