niedziela, 19 kwietnia 2020

Marcelinie i Georgowi.


Kilka miesięcy temu, pisałem o debiutanckim demo Vermisst (tu) i zamieszczonej przez zespół informacji, iż „nie są częścią naszego świata”. Sprawa została jeszcze wtedy wyjaśniona, bo oczywiście, że są, grając taką a nie inną muzykę. Minęło trochę czasu, zespół w styczniu wypuścił kolejny materiał. Tym razem jest to epka, wydana już na srebrnym krążku. I choć nie znajdziemy tu informacji, z jakiego muzycy są świata, to nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal są z mojego, co zarazem oznacza, iż z tego mniej popularnego, właściwie nie popularnego za grosz. I mnie to nadal cieszy.

„Zmierzch Stalowej Ciemności” przynosi, poza zmierzchem oczywiście, pięć kompozycji. Materiał otwiera proste ale klimatyczne intro, które pokazuje, że zespół dobrze czuje się w tego typu utworach. Dowodem tego jest jeszcze zamykająca epkę kompozycja, ale do niej wrócimy, bo jest warta kilku słów więcej. Pomiędzy nimi trzy numery, które nie zaskoczą tych, którzy z Vermisst już się zetknęli. Piwnica, las, mroki lat dziewięćdziesiątych i duży nacisk na klimat. To najprostsza charakterystyka nowego materiału polsko-norweskiego projektu. I wszystko byłoby oczywiste, jasne i dopowiedziane, gdyby nie cztery sprawy. Po pierwsze – klawisze. Na tym materiale pełnią ogromną rolę, są instrumentem wiodącym, budują atmosferę, melodykę, właściwie wszystko. Na szczęście da się usłyszeć też pozostałe instrumenty, dzięki czemu nie możemy mówić o jakimś nieudolnym, pseudo-symfonicznym plumkaniu. Po drugie - „Zamarznięte płomienie mizantropii”. Trzecia kompozycja przynosi bardzo udane zwolnienia i szczerze mówiąc, jest to dużo bardziej udane oblicze Vermisst. Podoba mi się w tych wolniejszych partiach współpraca klawiszy i gitar, budowanie klimatu, dobrze wkomponowane wokale. Oby częściej. Po trzecie – początek i koniec czwartego utworu. Szczególnie koniec. Gitara, która tam się wydarzyła, rozkłada mnie kompletnie. Wreszcie po czwarte – zamykający materiał numer „Det skjulte”. Kompozycja klawiszowa, wnioskując po jej tytule, będąca autorstwem Kvalvaaga, jedynego Skandynawa w zespole (trzeba też wziąć pod uwagę, że to właśnie on obsługuje klawisze). Mamy więc Norwegię, klawisze i cztery minuty ambientu. Skojarzenie jest proste i celne, bo oszczędne dźwięki budujące tak melodię jak i tło, bez pudła przywodzą na myśl Burzum. Piękny utwór, polecam panu Norwegowi nagranie jakiegoś dłuższego, autorskiego dzieła w takim właśnie stylu. Te cztery wyszczególnione punkty, składają się na wszystko to, co określiłbym mianem bonusu do pakietu podstawowego, który już sam w sobie jest na solidnym poziomie. Vermisst wychodzi trochę ponad klasyczne, piwniczne bądź leśne granie i zdradza swój potencjał, nie zdradzając zarazem swej ideologii, ścieżki i podejścia do black metalu. I dlatego czekam z dużą dawką zainteresowania, co dla zespołu przyniesie przyszłość, bo to naprawdę interesujący twór. Warto wspomnieć też o tekstach, które – jeśli kogoś nie razi przesadna barokowość – należą do liryk wyróżniających się na tle wielu tak typowych opowieści o kozłach, diabłach i mrocznych lasach. To kolejny aspekt, który dobrze wróży na przyszłość, w kontekście potencjału i możliwości zainteresowania odbiorcy – choćby takiego jak ja, który lubi zagłębiać się w płytę po samo jej dno. Muszę tu też wspomnieć o ciekawych dedykacjach, gdyż nie są ani trochę oczywiste. „Zmierzch Stalowej Ciemności” zadedykowany został dwóm osobom. Pierwsza z nich to Georg Trakl, jeden z najwybitniejszych, austriackich poetów. Musiałem się jednak chwilę zastanowić, o kim mowa. W przypadku drugiej osoby, potrzebne było wsparcie internetu, bo chodzi o Marcelinę Kulikowską. Znacie? Jeśli nie, to zadanie domowe na dziś macie ode mnie w prezencie. 


Vermisst - „Zmierz Stalowej Ciemności”. Fallen Temple, styczeń 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza