niedziela, 22 marca 2020

Wszystkie kwiaty Holandii*.


Powszechnie wiadomo, że uprawa i hodowla kwiatów, to w Holandii rzecz doprowadzona do rangi sztuki. Wielu z Was na pewno widziało piękne kompozycje stworzone za pomocą tych roślin, niejednokrotnie zapierające dech w piersiach. Dość powiedzieć, że w Niderlandach kwiat znaczy więcej, niż w innych krajach. Pewnie właśnie dlatego, tylko kwestią czasu było, gdy jeden z symboli tego kraju trafi w obszar zainteresowania lokalnego black metalu. Wraz z premierą nowego krążka Fluisteraars, ten czas właśnie nastał. „Bloem”, czyli kwiat, rozkwitł w lutym tego roku i warto się nad nim pochylić.

Może niekoniecznie po to, by zachwycić się zapachem czy barwą, ale może to też być swego rodzaju zatopienie się w zmysłach. Zanim jednak o samej atmosferze, dźwiękach i doznaniach stricte muzycznych, wróćmy do okładki. Są na niej maki. Tu skojarzenie jest oczywiste i nie mogę się powstrzymać od nucenia „Czerwonych maków na Monte Cassino”. Znacie? Nie znacie? Z metalem wiele wspólnego nie ma, ale z historią i programem szkolnym w naszym pięknym kraju już tak, więc pewnie kojarzycie. Fluisteraars nie nagrał tu jednak swej wersji tejże pieśni i pewnie to i lepiej. Nagrał za to pięć ciekawych kompozycji, pierwsza zaczyna się gitarą, ostatnia kończy trąbką. I szkoda, że tej trąbki jest tak mało, bo fajna. Po drodze jest klasycznie, ale też bardzo klimatycznie. Ma ten krążek dwa oblicza, dwie części. Umowne oczywiście, bo nie są to dwa całkowicie różne od siebie, monolityczne bloki. Przenikają się swoimi elementami, ale jednak dominuje w nich co innego. Dwa pierwsze utwory są szybsze, mocniejsze i brutalniejsze od trzech kolejnych, choć już końcówka drugiego wprowadza nas w nastrój bardziej nostalgiczny. Nie jest na szczęście tak, że wraz z początkiem trzeciego utworu, zespół zaczyna smęcić i nudzić. Zmienia się klimat, ale nadal jest bardzo ciekawie. Wchodzą choćby czyste (no, powiedzmy, bo chrypka jednak jest) wokale, więcej jest zwolnień ale towarzyszą im piękne melodie. Czwarty numer to świetne klawisze i gitary akustyczne. W zamykającym album „Maanruïne” panowie znowu przyspieszają, by zakończyć wszystko kolejnym zwolnieniem, tym razem w towarzystwie trąbki. Brzmi to świetnie. Pomimo tego narzuconego przeze mnie podziału, trudno nazwać ten album wyraźnie podzielonym – to bardziej moje osobiste odczucie, które nie rzutuje w żaden sposób na odbiór płyty. „Bloem” to bardzo bogaty krążek, wiele środków zostało użytych, by zbudować ciekawą atmosferę i klimat. Holendrzy doskonale odnajdują się tak w partiach szybkich, klasycznie black metalowych, jak i tych bardziej klimatycznych, spokojniejszych. Utwory są długie, ale w żadnym wypadku nie monotonne. Wszystko zostało skomponowane tak, byśmy mieli uczucie ciągłej zmiany. I choć trudno o takowe, zagłębiając się w poszczególne kompozycje, to jednak całościowy obraz trzeciego krążka Fluisteraars właśnie taki jest. I dzięki temu słucha się go bardzo dobrze. Można momentami się zadumać, uwolnić myśli i wyobraźnię. Dobrze byłoby w tych chwilach poczytać teksty, niestety są po holendersku i tłumacz google robi z nich coś bardzo złego. Mam jednak przeczucie, że niosą ze sobą coś głębszego, tyle w każdym razie udało mi się wywnioskować z tych koślawych tłumaczeń. W każdym razie jak najbardziej polecam „Bloem”, na te spokojniejsze chwile, dla oddechu i zatrzymania. I dla kwiatów z okładki, bo trudno nie zauważyć, że jest to rzecz w black metalu rzadko spotykana. 

A od samego zespołu oczekuję więcej trąbki na kolejnym krążku! 

* - to cytat z pewnej znanej polskiej piosenki, bo też mi się skojarzył. Znacie? 


Fluisteraars – „Bloem”. Eisenwald, luty 2020.





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza