niedziela, 1 marca 2020

Trylogia w jednym tomie.


Są takie dni, kiedy wszystko jest lepsze, wyraźniejsze, przyjemniejsze i aż chce się żyć. Takim dniem był bez wątpienia ten, w którym dowiedziałem się o powrocie Loits. Estoński zespół trwał od dłuższego czasu w uśpieniu, co – biorąc pod uwagę jego potencjał – było bardzo kiepskim stanem rzeczy. Dziś sytuacja jest dużo lepsza. Wrócili do koncertowania, wznawiane są stare wydawnictwa i ukazują się nowe. No, może nie całkiem nowe, bo materiał zawarty na „Furor Aesticus: Prelude to the Vere Kutse Kohustab” powstał jeszcze przed drugim pełniakiem zespołu. Ale po raz pierwszy dostajemy go na jednym krążku, w dodatku srebrnym.

Kompilacja zawiera trzy epki, będące (jak sam podtytuł mówi) wstępem do wydanego w 2004 roku, albumu „Vere Kutse Kohustab” (pisałem o nim tutaj). „Legion Estland”, „Meeste Muusika” i „Raiugem Ruunideks” wydane zostały dotąd jedynie na winylach, w limitowanych nakładach. Dwie pierwsze w 2003 i 2004 roku, trzecia czekała do 2013. Dają one w sumie osiem kompozycji, do których zespół dorzucił dwa covery, nagrane niedawno. „Furor Aesticus: Prelude to...” zawiera więc dziesięć kompozycji, które nie były łatwo dostępne (w takim zestawieniu oczywiście, bo większość z nich znajdziecie także na wspomnianym „Vere Kutse Kohustab”), co czyni z tejże kompilacji tak wartościową rzecz. Muzycznie, jeśli znacie twórczość zespołu, nic Was nie zaskoczy. Bo to po prostu Loits z okresu drugiego pełniaka. Dla tych jednak, którzy nie zetknęli się z twórczością Estończyków, informacja jest krótka – flak’n’roll. Określenie to stworzył sam zespół i myślę, że nieźle oddaje istotę ich twórczości. Można oczywiście powiedzieć, że to po prostu black metal z elementami rock’n’rolla, ale musimy pamiętać o pierwiastku wojennym, tym podniosłym a czasami tragicznym duchu, którego niesie muzyka Loits. I tu właśnie wchodzi „flak”. Muzyka Loits nie może być opisywana w oderwaniu od przesłania i tematyki, którą porusza. To jeden z tych zespołów, którego mocniej definiuje słowo, niż dźwięk. Loits to Estonia, Estonia to Loits, tylko tam narodzić się mógł ten zespół i tylko on potrafił w taki sposób przedstawiać trudną historię swego kraju. Historię, która przedstawiana otwarcie i szczerze, nie wszystkim się podoba, czego sam zespół doświadczył. Ale idą tą swoją świadomie obraną drogą, która w pewnych aspektach istnienia zespołu, mocno go ogranicza. Stąd moje wyrazy szacunku, bo jest to postawa wybitnie nie oportunistyczna i jak najdalsza od jakiegokolwiek koniunkturalizmu. A za taką zawsze uznanie. Wracając do myśli przewodniej – taka a nie inna tematyka nadaje muzyce Loits specyficznego smaku i atmosfery. To taka trochę duma pomieszana ze smutkiem i beznadzieją, bojowa twarz bezsilnie zagryzająca wargi. Pragnienie wolności, choćby i w obcym mundurze. Walka bratobójcza. W końcu porażka, ale wciąż z podniesioną głową. I to wszystko w dźwiękach Loits słychać. Także na tej kompilacji, która mogłaby pełnić nie tylko rolę wstępu do „Vere...” a do całej twórczości zespołu. Polecam gorąco, proszę tylko o jedno – jeśli chcecie naprawdę poznać ten zespół, poczytajcie przy okazji o historii Estonii, wrzućcie ich teksty w translatora google (no chyba, że płynnie posługujecie się estońskim). Inaczej nigdy nie pojmiecie, o co w tym wszystkim chodzi. 


Loits - „Furor Aesticus: Prelude to the Vere Kutse Kohustab”. Those Opposed Records, luty 2020.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz