czwartek, 12 marca 2020

Oddział zamknięty.


Już na wstępie, znak ostrzegawczy: recenzowany dziś album to rzecz wyłącznie dla fanów Xarzebaal. Jeśli ktoś nie przebrnął przez trzy pełniaki duetu z Bydgoszczy, do debiutu Nurtu Ognia nie ma nawet co siadać. Szczerze, to nawet twardziele, którzy lubują się w piwnicznym prymitywizmie Xarzebaal, mogą mieć z tym materiałem problem. Bo tu nie wystarczy kochać piwnicę, brud i proste dźwięki. By rozsmakować się… co ja mówię - by dotrwać do końca tego krążka, trzeba mieć po prostu mocno pokręconą psychikę, albo ogromną siłę woli. Ja dotrwałem, tłumaczę to sobie tym drugim, oraz recenzenckim obowiązkiem i chyba jest to trafne tłumaczenie, bo raczej do tego materiału wracał nie będę.

Przywoływanie Xarzebaal jest jak najbardziej na miejscu, z dwóch powodów. Po pierwsze, Nurt Ognia to solowy projekt Upiora, znanego z Dagorath i właśnie Xarzebaal. Po drugie, debiut Nurtu, to jakby umysłowo chore dziecko trzech pełniaków (o dwóch z nich tutaj) bydgoskiego projektu. Mocno chore. To tak, jakby zmieszać je ze sobą, dorzucić do tego co już znane tonę szaleństwa, trochę dźwięków, które trudno zidentyfikować, ciężarówkę chaosu i pociąg bałaganu. Momentami wszystko to sprawia wrażenie totalnej kakofonii, szalonej orkiestry, której członkowie uparli się robić sobie na złość dźwiękami. W tych momentach słowo chaos wydaje się być niedopowiedzeniem. Szaleństwo i dzikość również. Tylko nie jest to już szaleństwo z cyklu pięknych uniesień. To zamknięty oddział psychiatryka. Ciężkiego. Są tu oczywiście także chwile dużo bardziej klasyczne, co żywo przypominające twórczość Xarzebaal (nie żeby ich można było określać wyznawcami klasycznego black metalu, ale bliżej im do normy), ale wśród tych prawie trzydziestu minut dźwięków, nie znajdziecie ich wiele. Obcowanie z debiutem Nurtu Ognia jest jak masochizm połączony z perwersją, o ile używacie słuchawek. Bo jeśli nie, to jest to masochizm i sadyzm. Najprostszy sposób, by wygonić ludzi z mieszkania. Oczywiście, wraz z ilością odsłuchów (ja mam na koncie pięć), oswaja się człowiek trochę, ale w pełni chyba się nie da. W każdym razie ja nie potrafię. Lubię kiedy w muzyce jest jednak trochę muzyki, dlatego akceptowalną granicą był dla mnie Xarzebaal. Tutaj zrobiono kilka długich kroków dalej i ja już w te ślady się wpasować nie potrafię. Nie rozumiem sensu nagrywania takich rzeczy, ale nie wszystko muszę rozumieć. Jak ktoś ma potrzebę, robi to szczerze i z pasją, to proszę bardzo. Ja jednak tu nie zatańczę. Muszę pomimo tego podkreślić jedno – to nie jest zły krążek, on bez wątpienia ma coś w sobie. Jest po prostu kompletnie odjechany i pierdolnięty. 

Dodam jeszcze, że materiał nie posiada tytułu. Poszczególne utwory również. Okładką może być tak awers jak i rewers wkładki, o tekstach – czego już pewnie nie muszę dodawać – możemy zapomnieć. Tego ostatniego żałuję mocno, bo może one rozjaśniłyby mi koncepcję projektu, ukierunkowały i w jakiś sposób wytłumaczyły, o co tu do jasnej cholery chodzi. Bo zdjęcie włóczni z wkładki, będące najbardziej wyrazistym elementem całego albumu, niestety tego nie robi. 


Nurt Ognia - „s/t” (?). Under The Sign Of Garazel / Putrid Cult, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz