środa, 18 marca 2020

Odcienie smutku i piękna.


Kto słyszał wydaną w 2017 roku debiutancką epkę Rotting Kingdom, ten wie, że królestwem Amerykanów są lata dziewięćdziesiąte i czasy świetności brytyjskich gigantów death/doom metalu Kto nie słyszał, ten trąba i jak najszybciej zalecam poprawę (tu o niej pisałem). Wydany niedawno pełnowymiarowy debiut, powinien usłyszeć każdy, komu bliskie są takie dźwięki, bez względu na to, czy zna wspomnianą już epkę. Stanowi ona co prawda dobry wstęp do „A Deeper Shade of Sorrow” (tak na marginesie – tytuł jak z podręcznika gatunku, perfekcyjny), ale tylko wstęp. Album to kolejny etap, naturalny krok rozwoju, dojrzałe rozwinięcie pięknej historii rozpoczętej w 2017 roku.

Perfekcyjny tytuł łączy się z piękną okładką, także doskonale wpisującą się w wytyczne gatunku. W przypadku Rotting Kingdom to nie nowość, bo wcześniejszy materiał też zachwycał oprawą. Panowie dobrze wiedzą jak to wszystko powinno wyglądać, ale przede wszystkim czują ducha takiego grania i to w sferze graficznej ich wydawnictw widać. Co ważniejsze jednak, czują tego ducha także w tworzonych przez siebie dźwiękach. Jak już wspomniałem, pierwszy materiał był dla mnie wstępem, rozpoczęciem tej muzycznej podróży. Był krótszy, to jasne, ale też mniej złożony, mniej rozbudowany kompozycyjnie, miał w sobie więcej lekkości i powietrza. Dzisiaj Rotting Kingdom to już dojrzały twór, który swój pierwotny szkielet i fundament oprawił w więcej treści. „A Deeper Shade of Sorrow” to album gęstszy, wypełniony dźwiękiem po brzegi. Zróżnicowany, pełen zmian klimatu i atmosfery, bogatszy gitarowo a co za tym idzie melodycznie i aranżacyjnie. Już otwierający go „Sculpted into Life by the Hand of Death”, zapowiada spore wariacje atmosfery i emocji. I to nie zmienia się do końca, choć całościowo jest to krążek spójny i trzymający się klasycznej konwencji gatunku. Tak po prostu gra się taką muzykę. Zmiany są pożądane, byle bez niepotrzebnych szaleństw. Ale naprawdę, zgadza się tu wszystko. Brzmienie, riffy, melodie. Perkusja i bas! – sekcja rytmiczna to jest klejnot! A przy okazji jest to wszystko naprawdę porywające (bo ten krążek to nie tylko zwolnienia i smutne chwile – rzekłbym, że one są wręcz w mniejszości) i tak zupełnie szczerze piękne. Jedyne, czego mi brakuje, to czyste wokale, ale nie jest to brak z cyklu tych, które negatywnie wpływają na odbiór płyty. Ma w sobie ten krążek niesamowity urok. Naprawdę słychać, że jego twórcy kochają ten rodzaj grania. Oddychają nim ale na pewno nie traktują go jako coś codziennego i rutynowego. Dla nich to szczera pasja i miłość i to mnie ujmuje. Wiecie, ja już dawno pożegnałem się z takim graniem, od wielkiego dzwonu sięgam po dzieła klasyków. Nie jestem w stanie wymienić choćby dwóch czy trzech zespołów z ostatnich lat, które w tym gatunku potrafiłyby mi zrobić dobrze. Poza Rotting Kingdom właśnie. W ich twórczości jest tyle momentów, które po prostu zachwycają! Posłuchajcie końcówki „Barren Harvest”! Albo tytułowego, zamykającego płytę, doskonałego numeru, mogącego bić się z największymi. Za dużo tych chwil, by je wszystkie wymienić, wystarczy więc rzec, że jest to krążek w swej bajce wspaniały. Chcąc zatopić się w świat najlepszych lat death/doom metalu czasu mej młodości, nie muszę już sięgać po osłuchane krążki wielkich wyspiarzy. Mam pod ręką Rotting Kingdom, czyli wszystko czego w tej chwili, w tej konwencji, mi trzeba. A ich historia się przecież nie kończy. Ona dopiero się zaczęła. I to jest w tym wszystkim najlepsze. 


Rotting Kingdom – „A Deeper Shade of Sorrow”. Godz Ov War Productions, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz