wtorek, 10 marca 2020

Krzyk.


Jakież było moje zaskoczenie, gdy na dwie godziny przed koncertem, dowiedziałem się, że w Turii za mikrofonem stoi kobieta! Ich ostatniego albumu słucham od jakiegoś czasu, no ale po prostu nie sprawdziłem. Nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Dlaczego w ogóle od tego zaczynam? Bo wokale w tym zespole są niesamowite! Pani, z którą finalnie udało mi się zamienić kilka słów, robi doskonałą robotę. By szybko i celnie opisać jej wysiłki posłużę się fragmentem tekstu drugiego utworu z „Degen van Licht”: „...zdesperowane krzyki / wypełniają niesamowite wysokości / z echem udręki!” (tłumaczenie za pomocą google translatora, więc za jego dokładność nie ręczę). 

Oczywiście nie tylko głosem ten album stoi. Atmosferą, melodią i klimatem też. Ale po kolei, bo Turia to dla mnie nowy obszar, zespół znam od jakichś trzech tygodni a już dostałem bardzo dobry krążek, bardzo dobry występ na żywo i sporo do nadrobienia. Bo zespół z Holandii zdążył już wcześniej wydać dwa pełniaki i trzy splity. Dla mnie pierwszy był trzeci długograj, „Degen van Licht”, z bardzo dobrą okładką i jeszcze lepszą muzyką. Pod jego wpływem (i za namową tej samej osoby, która poinformowała mnie o wokalistce – dzięki Dominika!) postanowiłem wybrać się na koncert i nie żałuję. Bardzo udany występ, klimat misterium i magii. Pierwszy raz byłem zadowolony z żenującej salki w katowickim Fauście, bo jej rozmiary sprzyjały atmosferze, którą zespół stworzył. Pani za mikrofonem nie tylko na krążku potrafi desperacko krzyczeć, potwierdziła to w środowy wieczór w Katowicach. Podsumowując – znajomość moja i Turii jest krótka, lecz intensywna i przynosząca tylko pozytywne doświadczenia. Jej fundamentem jest oczywiście „Degen van Licht”, bo od niego się ona zaczęła. Zdążyłem już jednak poznać poprzednie materiały i także przypadły mi do gustu. Stąd też wiem, że akurat Turia, jak mało kto zasługuje na tę nieszczęsną łatkę „atmospheric black metal”, którą przyszywa jej Metal Archives. Dziesiątki razy już na nią kląłem, uważam, że nikomu ona niepotrzebna, poza tym wielu tak określanych twórców, to skrzywdzeni w dzieciństwie nastolatkowie, rzępolący nudy tak nieprawdopodobnie nudne, że nudniej się nie da. Turia natomiast, moi mili, to faktycznie jest atmosfera i to przez duże A. Poczucie pustki, samotności, braku ludzkiej obecności w jakiejkolwiek postaci. Totalna izolacja i mizantropia. Ale to wszystko nie powoduje, że chcemy się ciąć. Nie, to zachwyca. Przynosi ukojenie, radość wewnętrzną, którą może nawet chcielibyśmy wykrzyczeć, w tę pustkę właśnie. Drąc gardło jak wokalistka. Turia to spacer pośród leśnych ostępów i dalekich szczytów. To kontemplacja spokojnej tafli jeziora i nocny marsz pustym miastem. To uczucie odcięcia, w świecie pełnym istot. Ale nie jest to, wbrew pozorom, album spokojny. Ma sporą dawkę agresji i energii. Nie znajdziecie tu płaczliwych zawodzeń, tylko opętańcze, potępione i udręczone krzyki, które jednak budują nastrój siły wewnętrznej, nastrój swego rodzaju zadowolenia. Zarazem jednak, bije z nich desperacja i smutek. Tak jak z pozostałych dźwięków. Melodia koi, spowalnia, uspokaja. Wokale wprowadzają wewnętrzne rozdarcie a perkusja pędzi do przodu, za nic mając całą resztę. Turia doskonale to miesza, otrzymując bardzo ciekawy efekt końcowy. „Degen van Licht” to bardzo bogaty album, będący zarazem bardzo oszczędnym. Prawie pięćdziesiąt minut dość jednorodnego grania, jednak na tyle dobrze zaaranżowanego, brzmiącego i kompozycyjnie ciekawego, że nie ma prawa mówić u znużeniu. To jedna z tych płyt, które jak już słuchacza wciągną, to na długo. Nie puszczają, bo mają w sobie wiele rzeczy do odkrycia. To po prostu jeden z tych głębokich albumów, w które trzeba się zanurzyć, by w pełni docenić i poczuć. Nie można tego zrobić w przelocie, pobieżnie, tylko rzucając okiem i uchem. Trzeba przystanąć, poświęcić emocje i czas. Ale on to wynagrodzi, wróci jak zwielokrotniony echem, desperacki krzyk pośród gór. 

Turia - „Degen van Licht”. Eisenwald, luty 2020. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz