wtorek, 3 marca 2020

Imperium klasyki.


Riff otwierający „Sacrificial Circle” uświadamia mi, z całą swą mocą, że granie death metalu starej szkoły, żywcem wyciągniętego z lat dziewięćdziesiątych wciąż ma sens. To drugi utwór na albumie, który dla wielu mógłby nie istnieć, bo nie wnosi kompletnie nic nowego do gatunku. Ci sami ludzie mogliby powiedzieć, że to wszystko już było, już sukcesy odnosiło, już zebrało dość laurów. I pewnie mieliby sporo racji. Tylko kogo to obchodzi? Skoro po chwili wjeżdża czwarty „Unholy Death Metal” i jest kompletnie pozamiatane, gęba się cieszy a wszyscy spece od eksperymentów mogą jedynie robić pod siebie.

Niesie zresztą ten utwór kilka ciepłych słów, dla wszystkich tych, co lubią pościć. Conquest Icon wykłada w nim swoją doktrynę metalu, w szczególności death metalu. I nie jest ona zaskakująca. Na „Empire of the Worm” nie znajdziecie głębokich metafor i piętnastominutowych fragmentów sprzyjających kontemplacji własnej egzystencji. Ten album nie jest mistyczną podróżą w głąb siebie, czy przeintelektualizowanym zbiorem przypadkowych dźwięków udających dzieło zaangażowane. Nie. Drugi krążek ekipy ze stolicy to czysty, potężny cios. Czterdzieści minut bluźnierczego death metalu, opartego na najlepszych wzorcach (nie lubię wymieniać skojarzeń, ale w kilku momentach aż się prosi wspomnieć o starym, dobrym Deicide) i tym wzorcom hołdującego. Nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, czy wymyślać koła, gdy ktoś już to zrobił. Trzeba jednak zaznaczyć, że „Empire of the Worm” nie jest albumem odtwórczym, czy kogokolwiek kopiującym. Fundament może być ten sam – i dobrze, bo to solidna podstawa – ale to co na nim, należy już tylko do Conquest Icon. Przede wszystkim świetne riffy. Wymieniłem już dwa utwory, ale tak naprawdę w każdym można znaleźć ciekawe gitarowe patenty. Bo jest to krążek równy. Nie został zbudowany na zasadzie: trzy hity i wypełniacze. Całe czterdzieści minut daje pełną satysfakcję zwolennikom takiego grania. Ale nie tylko riffami on stoi. Doskonałą robotę robią wokale. Zróżnicowane, podparte drugim głosem, momentami szalone, zawsze bardzo ekspresyjne. Pełne życia i ogromnej energii. No i w końcu brzmienie. Potężne, soczyste, gniotące kości ale zarazem mające w sobie dynamikę, powodującą, że materiał ani na moment nie traci energii i impetu. Wszystko doprawione jest odpowiednią dawką piekielnego i bluźnierczego ducha. Finalnie otrzymujemy dzieło, będące modelowym przykładem metalu śmierci z obozu diabła. I kompletnie nie ma znaczenia fakt, że można ten album wrzucić w lata dziewięćdziesiąte i nikt się nie zorientuje. Bo brzmi on na tyle mocno i świeżo, że doskonale sprawdza się i dziś. Poza tym, dobre granie zawsze jest w cenie, czy mamy 2020 czy 1994 rok. 

Warto wspomnieć o świetnych grafikach dopełniających płytę. Ceniłem Ihasana za jego logówki, tym razem pokazał, że potrafi więcej. Doskonale współgrają z muzyką (podobna dzikość) i tekstami, budują klimat i wprowadzają lekką dawkę tajemnicy, grozy i mistycyzmu. Brawo Paweł. 

Na koniec dodam tylko, iż jest to moje pierwsze spotkanie z Conquest Icon. Debiutowali w 2010 roku, ale tamtego krążka nie znam. Mam tylko nadzieję, że tym razem przerwa będzie krótsza, bo są w takiej formie, że jeden album na dziesięć lat, to stanowczo za mało. Panowie, proszę tego potencjału nie marnować. 


Conquest Icon - „Empire of the Worm”. Godz Ov War Productions, marzec 2020.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz