niedziela, 8 marca 2020

Góra emocji.


Kiedy w styczniu 2019 roku ukazała się epka „Empyrée”, na krótki moment uległem jej czarowi. Było to silne, acz krótkie doświadczenie. Najprawdopodobniej najsilniejszym bodźcem ku temu była niesamowita okładka. Francuzi z Cénotaphe wykorzystali przepiękny obraz Jacka Malczewskiego - „W tumanie”. Muzyka jednak dość szybko mi się osłuchała, nie potrafiła zatrzymać mnie na dłużej i głębiej zainteresować (ostatnio do niej wróciłem i sytuacja w naszej relacji się polepszyła). Mamy marzec 2020 roku i od miesiąca, dość regularnie słucham „Monte Verità”, pełnowymiarowego debiutu Francuzów. Bo tu jest odwrotnie. Pierwszy odsłuch mnie nie porwał, ale dałem szansę i już przy drugim i trzecim wiedziałem, że będzie ich dużo, dużo więcej.

Nie jest to w żadnym wypadku album wielki, przełomowy czy choćby niesamowity. Nie, ja wręcz nadal uważam, że Cénotaphe to druga połowa tabeli francuskiej ekstraklasy, nawet jeśli idą systematycznie do góry. Ich styl najłatwiej odnieść mi do Nécropole, jest jednak pomiędzy oboma projektami spory dystans. Są jeszcze jak ubogi krewny, ale to nie potrwa długo, biorąc pod uwagę postępy, jakie czynią z każdym wydawnictwem. Bo pomimo iż nie jest to album wielki, to znamionuje tę wielkość. Poza tym, żeby być w drugiej połowie tabeli francuskiej ekstraklasy, trzeba prezentować wysoki poziom, bo wszyscy wiemy, że tam konkurencja jest ogromna. Jest więc to bez wątpienia krążek bardzo dobry. Z pozoru bezpieczny i oczywisty, ale tak naprawdę wciągający i intrygujący. Skrywający masę pięknych chwil. Nie mają one jeszcze takiego natężenia emocjonalnego i piękna jak w przypadku Nécropole, ale już chwytają za serce. Bo emocjami ten album stoi. Niesie je każdy dźwięk, każde słowo. Doskonała współpraca wokali i gitar w zakresie budowy klimatu, skutkuje tym, że „Monte Verità” jest jak emocjonalny ładunek wybuchowy. Może jeszcze nie do końca doskonały w swej budowie, może nie tak kunsztowny i misterny, ale niesamowicie naładowany pasją i szczerością. Można więc powiedzieć, że tytuł wybrany został celnie. Nie jest to album krótki, przygotujcie się na prawie pięćdziesiąt minut muzycznej podróży. Nie musicie jednak zabierać książki – nudy nie będzie. Każda z ośmiu kompozycji żyje sobą, ale wszystkie razem żyją dla albumu, jako dzieła zamkniętego i dość monolitycznego w odbiorze. Podniosła rozpacz, tak chyba najprościej opisać uczucia dominujące w muzyce Cénotaphe. Bezsilność, klęska, ale też ogień i żar. Duma, odwaga ale i tęsknota i smutek. Wielkie czyny i wielkie porażki. Walka do końca, zdrada i męczeństwo. Wreszcie oddanie i pasja. Sprawy ważniejsze od życia. To wszystko tu jest, nie musicie nawet głęboko szukać. Odpalcie krążek, przyjdzie do Was samo. Zatoniecie w dźwiękach, tonąc zarazem w atmosferze (pod żadnym pozorem proszę tylko nie myśleć, że to jakieś, tak ostatnio popularne, rzępolenie zwane „atmosferycznym”). I to jest bez wątpienia ogromna siła pełnowymiarowego debiutu Francuzów. I zarazem największa, ale tego można się było spodziewać, bo oni tą droga idą od początku działalności. Na mnie działa to bardzo, bo – jakkolwiek to zabrzmi – wrażliwy ze mnie odbiorca. To nie jest album z cyklu „piwko i metal”, jeśli więc ktoś tego właśnie szuka w muzyce, może sobie „Monte Verità” odpuścić. Ale ci bardziej wymagający, odbierający muzykę sercem i duszą, powinni po ten krążek sięgnąć. Dać mu chwilę, tak jak ja dałem. Warto – zostaniecie wynagrodzeni pięknymi chwilami, duchowymi podróżami i – co wcale nie jest w przypadku tego albumu najważniejsze – naprawdę dobrą muzyką. 


Cénotaphe - „Monte Verità”. Ossuaire Records (kaseta, CD) / Nuclear War Now! Productions (winyl), luty 2020.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz