wtorek, 24 marca 2020

Czerwony smok.


„Death Clan OD”. Zaintrygowała mnie końcówka tytułu najnowszego krążka Serpent Noir, postanowiłem więc dowiedzieć się o co chodzi. Nie było to trudne, gdyż sporo wyjaśniają informacje zawarte we wkładce. Otóż, moi mili, jest to skrót od Ordo Draconis (pełna nazwa to Dragon Rouge: Ordo Draconis et Atri Adamentis), organizacji zgłębiającej tajniki szeroko pojętego okultyzmu, założonej przez Thomasa Karlssona. Tego samego, który jest autorem większości tekstów Therion. Odpowiada on również za zawartość liryczną trzeciego albumu Serpent Noir, który tejże organizacji jest dedykowany i poświęcony.

Przyznam bez bicia, że nie miałem wcześniej okazji zetknąć się z muzyką Serpent Noir. Słuchając „Death Clan OD” dochodzę do wniosku, że mógł to być błąd. Uświadamiam sobie także, że gdybym musiał odpowiedzieć skąd zespół pochodzi, bazując tylko na dźwiękach, nigdy bym nie trafił. Okazuje się, że można tworzyć black metal w Grecji, bez klasycznej Grecji. Gdybym miał strzelać, to dużo szybciej wymieniłbym Szwecję, co akurat znajduje choć trochę potwierdzenia w postaci Karlssona i samej organizacji. Ale Grecja? Nieee. No i byłbym przegrał zakład albo stracił rękę na przykład. Cóż, nigdy nie sądź po okładce! Inna sprawa, że pochodzenie zespołu nie jest najważniejsze, szczególnie w świetle tak dobrej muzyki. Serpent Noir gra oczywiście black metal, brzmiący jednak dość nowocześnie a na pewno potężnie. Z trudem przyszło mi napisać „nowocześnie”, bo to najczęściej zwiastuje wydmuszkę nie do strawienia, ale nie tym razem. Użyłem tego określenia jedynie dlatego, iż lepsze nie przychodzi mi do głowy, by wyrazić to, że muzyka Serpent Noir nie ma wiele wspólnego z klasykami greckimi, czy północnymi. Nie to ciepło, nie ten chłód, nie ten mistycyzm, nie ta podniosłość. Nawet nie ta tajemnica i mrok. To po prostu zupełnie inna opowieść, choć wcale nie pozbawiona aury tajemnicy, mroku i mistycyzmu. Inny jest ich poziom, inaczej rozłożone akcenty i inne elementy najważniejsze. Przede wszystkim jest to album niesamowicie chwytliwy, w dużej mierze dzięki zastosowaniu patentów nie będących stricte black metalowymi. Gitary momentami zdają się zapędzać w obszary hard rocka, co jednak wychodzi jak najbardziej na plus. Kompozycyjnie została tu wykonana potężna praca, bo choć „Death Clan OD” trwa prawie czterdzieści minut, to kompletnie tego nie czuć. Za pierwszym razem, gdy się skończył, pierwszą moją myślą było: ale co, już? I choć słucham go często, wciąż się na tym łapię. Poza tym, to album bardzo wyrównany oraz skomplikowany. Dziwne? Niby tak. Tu po prostu nie ma wyróżniających się kompozycji, jednak wszystkie razem dają skomplikowany obraz płyty mocno zróżnicowanej pod względem klimatu i emocji. Co prawda tych ostatnich nie jest tu wcale tak dużo, ewentualnie są po prostu umiejętnie tłumione. Ten krążek generalnie sprawia wrażenie czegoś trzymanego mocno pod kontrolą. Czegoś zbyt dużego jak na ramy, w które go wrzucono. I trochę mi żal, bo coś czuję, że gdyby Grecy poszli z fantazją na całość, dzieło byłoby to wybuchowe. To w zasadzie jedyny mój zarzut, choć przecież i tak dostaliśmy krążek świetny, jeden z lepszych w tym roku. Może więc przesadzam, bo tu naprawdę nie ma się do czego doczepić, wiem jednak jak to ze mną jest – najczęściej wracam do tych dzieł przepełnionych emocjami, idących na totalny spontan, bez kalkulacji, co w sercu to w dźwięku itd. Czas pokaże, czy będę często wracał do „Death Clan OD”. W tej chwili słucham i bardzo mi się podoba. I to w zasadzie najważniejsze. 


Serpent Noir - „Death Clan OD”. World Terror Committee, luty 2020.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz