niedziela, 15 marca 2020

Bliżej ziemi.


Nécropole i Caverne. Dzieci jednego człowieka. Można zadać pytanie, czy utrzymywanie przy życiu dwóch projektów, egzystujących w ramach black metalu i rodzących się w tym samym umyśle, ma sens. Najlepszą odpowiedzią jest wydany w tym roku drugi album Caverne, „Omphalos”. Jej uzupełnieniem powinien być „Solarité”, ostatni krążek Nécropole (o nim tutaj), z końcówki 2018 roku. Choć na pozór podobne (największa w tym zasługa wokali), różnią się znacznie. Ale siła obu tkwi w tych samych obszarach, choć oczywiście najwięcej tu emocji. Bo taką właśnie muzykę komponuje Amertume. Ważne, że Caverne to nie Nécropole a Nécropole, to nie Caverne.

Pięć lat przyszło nam czekać na następcę „Aux frontières du monde”. Długo, ale cóż – tak to jest, kiedy tworzy się dwa projekty. Nie ma jednak co narzekać, w końcu jakość nie ilość. A ta jest synonimem obu nazw. „Omphalos”, jak na tak znaczny okres przerwy, nie jest długi. Trzydzieści cztery minuty podzielone na cztery kompozycje, z czego jedna ma niecałe dwie. Jak nie trudno się domyślić, pozostałe trzy są prawdziwymi kolosami. Co ciekawe, nawet przez moment nie da się tego odczuć. W połowie drugiego utworu można równie dobrze mieć wrażenie, że to już czwarty. Dużo się dzieje, dźwięki krążą z różnorakim emocjonalnym nasileniem, niosąc zmiany atmosfery i klimatu. Nic tu nie jest stałe, poza podniosłością. I to w zasadzie największe podobieństwo do dzieł Nécropole. Odznacza się nią cały krążek, ale składowe są różne. Różne tu, różne od tych na „Solarité”. Mniej tu rozpaczy, mniej szlachetnego smutku, mniej tęsknoty. Więcej czystego bojowego ducha, więcej dumy, więcej ognia. Oczywiście, nie brakuje tu także tej dalekiej metaforycznej łzy, ale to już po prostu jest w DNA twórcy. Caverne wydaje się jednak być bliżej ziemi, bliżej prostych, ludzkich spraw. O ile „Solarité” to mit, legenda, bohaterska opowieść, o tyle „Omphalos” jest ludową historią, której autentyczność może potwierdzić co najmniej kilku świadków. Znajduje to także odzwierciedlenie w muzyce. Usłyszymy tu trochę melodii przywołujących na myśl tematy etniczne, ale przede wszystkim jest to krążek dużo bardziej przestrzenny. Nie tak skondensowany, nie tak monolityczny, nie będący doskonałym dziełem wykutym z jednego bloku marmuru, ku chwale obecnych i uciesze potomnych. Jego wielkość polega na ulotności poszczególnych chwil, zróżnicowaniu i zmianom nastroju. „Omphalos” jest jak obraz prostego twórcy, który nie do końca wie, jaki potencjał ma jego dzieło. Nie będzie go w galeriach ani muzeach, ale każdy kto przystanie, spojrzy i zechce poznać bliżej, zrozumie jego wyjątkowość. Jestem oczywiście pewien, że sam Amertume wie, co skomponował i jak jest to rzecz dobra i głęboka. Po prostu album sprawia wrażenie niedokończonego, takiego jakby „z przypadku” - co się wylosowało, to na nim się znajdzie. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Bo przecież każda ludowa opowieść ma w sobie sporo mądrości i choć w pierwszej chwili może nas nie przekonać, to nawet i po latach możemy ją wspomnieć i stwierdzić, że tak – to właśnie ja i moje życie, wszystko się zgadza. Innymi słowy, odkładając metafory na bok – album wspaniały. 

Twórczość Amertume przekonuje mnie bardzo mocno. Jestem pewien, że kiedy wrócę do „Omphalos” za kilka lat, nie straci nic ze swego uroku. Bo to album napisany emocjami. Takie nigdy się nie starzeją, nigdy nie tracą wartości. Pozostaje jedynie czekać na kolejne dzieło pod szyldem Nécropole, ale nie ma pośpiechu. Jakość nie ilość. Zresztą, Francja dostarcza nam ostatnio tyle dobra, że naprawdę jest to raczej kłopot bogactwa niż ubóstwa. Cóż za piękne czasy! Vive la mort, Vive la France! 

Caverne - „Omphalos”. Résilience, luty 2020.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza