niedziela, 23 lutego 2020

Skarby w lesie.


Fiński Norrhem darzę dużą sympatią. Mają swój wyraźny i jasno określony styl, nie nagrali niczego, co w moim odczuciu byłoby kiepskie. Umiejętnie balansują na granicy akceptowalnego wykorzystania klawiszy i melodii w black metalu, nie popadając w groteskowość ale też nie siląc się na pozycję najbardziej złego zespołu w dziejach. Właśnie wydali drugiego długograja i choć mój początkowy entuzjazm (porównywalny do ognia na okładce), lekko przygasł po pierwszym odsłuchu, bo „Koitos” klasy poprzedników nie osiąga, to będę się upierał, że to naprawdę dobry krążek.

Naprawdę dobry krążek, który zaczyna się źle, bo od kiepskiej okładki. Nawet jeśli jest w niej dawka symbolizmu, to można było zrobić to lepiej, szczególnie gdy wspomnimy obrazy zdobiące poprzednie wydawnictwa Finów. Nic to, ważne, że w warstwie muzycznej panowie nawiązują do swoich wcześniejszych materiałów, dodam, że udanie. Norrhem to zespół o wyraźnie określonym stylu, który wyznacza melodia i wszechobecne klawisze. Brzmi groźnie, bo prawie jakbym pisał o typowym przedstawicielu „wacken metalu”, na szczęście Finowie w żadnym momencie swej twórczej drogi nie poszli w kierunku plastikowych i cukierkowatych brzmień. Nawet teraz, bo muszę przyznać, iż „Koitos” to ich najbardziej melodyjne dzieło (generalnie mam wrażenie, że zespół złagodził swoje oblicze), zarazem jednak nie tak łatwo wpadające w ucho jak poprzednie. Nie ta klasa melodii, po prostu. Pomimo tego, jest to nadal muzyka bardzo przyjemna w odbiorze. I nie jest to żadna obelga, bo w tym samym czasie, Norrhem potrafi wprawić nas w zadumę, uderzyć agresywnie czy też otulić nas atmosferą podniosłych idei. Wystarczy posłuchać piątej kompozycji, by zrozumieć, co mam na myśli. „Lopussa” to utwór, który znamy już z poprzedniej epki, wydanej w 2018 roku „Among the Ruins”, ale cieszę się, że znalazł się i tutaj. Wnosi chwilę oddechu i dobrze dopełnia płytę, pokazuje szerokie możliwości zespołu. Poza tym, co najważniejsze, jest to kompletnie inna wersja, będąca jakby rozwinięciem motywu przewodniego poprzedniej. Na bandcampie znajdziecie obie, warto posłuchać ich w kolejności chronologicznej. Dopełnione trzecią częścią, naturalnym zamknięciem, mogłyby być osobnym wydawnictwem. Z drugiej strony, rozrzucenie ich na kilka wydawnictw (kto wie, możemy doczekamy się kolejnej interpretacji?) też ma swój urok. „Lopussa”, ze swoim średnim tempem i podniosłym klimatem to jednak wyjątek, bo reszta albumu jest szybka, skoczna i taneczna. Jeśli macie teraz głupie skojarzenia, schowajcie je głęboko, Norrhem nie zagra na weselu żadnego z Was. Może być zespołem, który melodię stawia wysoko w hierarchii składowych swej twórczości, jednak daleko mu do wydmuszek śmierdzących plastikiem. 

„Koitos” jako całość broni się skutecznie. Nie jest tak atrakcyjny jak poprzednie wydawnictwa, nawet jeśli wziąć pod uwagę większą dawkę łagodzących nastroje melodii, ale wciąż bardzo dobry. Paradoksalnie potrzebuje więcej czasu, by rzucić swój urok, tak w każdym razie było ze mną. W pierwszej chwili nie zostałem oczarowany, ale przyszło to z kolejnymi odsłuchami, za sprawą wybitnych fragmentów, które rozrzucone są po tym albumie, jak skarby z pirackiego wraku na bezludnej plaży. I to one prowadzą nas do docenienia krążka jako całości, pokazują, że warto mu dać czas. Chodzę po tej plaży od jakiegoś czasu i wiem, że nie zebrałem jeszcze wszystkich klejnotów. Zostanę więc na niej jeszcze jakiś czas. Nie wiem tylko czy ta plaża to dobre porównanie, umówmy się zatem, że miałem na myśli fińskie lasy i ukryte w nich, dziewicze jeziora. Wszyscy będą zadowoleni. 

Norrhem - „Koitos”. Spread Evil Productions, luty 2020.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz