czwartek, 13 lutego 2020

Oś świata.


Moja znajomość z Mavorim zaczęła się w 2018 roku, gdy zaintrygowany okładką, sięgnąłem po split zatytułowany „Verbrannte Erde”. Drugim bohaterem tego wydawnictwa było Totenwache i choć nie porwało mnie ono jakoś specjalnie, to pozwoliło obie nazwy zapamiętać. Jak wiemy, Totenwache w 2019 roku uraczyło nas doskonałym „Der schwarze Hort”, natomiast Mavorim – choć to projekt jednoosobowy – był jeszcze aktywniejszy. Grudzień 2018 roku przyniósł pełnowymiarowy debiut - „Silent Leges Inter Arma” - materiał dobry, momentami wręcz bardzo dobry, ale to jeszcze nie była pełnia szczęścia. Przyniósł ją dopiero początek tego roku, za sprawą „Axis Mundi”, który pokazał ogromne możliwości niemieckiego projektu. Drugi pełnowymiarowy album opętał mnie i nie potrafię się od niego uwolnić. Dobrze, że w 2018 roku trafiłem na ten split. Fortuna czuwała. Jestem jej wdzięczny za poznanie obu tych doskonałych tworów.

Nad pełnowymiarowym debiutem Totenwache miałem już okazję się pochylić i zachwalać (tu), dziś skupię się więc na „Axis Mundi”, albumie, który też będę zachwalał. Bo się w nim zakochałem. W zasadzie zakochałem się w tym projekcie (pisząc ten tekst robię zamówienie w Fallen Temple, bo mają kilka pozycji Mavorim na CD – a to oznacza, że przepadłem), ale to właśnie najnowszy krążek rozpalił wielki ogień, który zajął też poprzednie wydawnictwa i słucham ich wszystkich ostatnio na przemian. Najczęstszym jednak gościem jest „Axis Mundi”. Album dojrzały, nie bez powodu najbardziej rozbudowany, będący dotychczasowym opus magnum projektu. Dużo można o nim napisać, bo to dzieło długie, trwające ponad godzinę (co w pierwszej chwili trochę mnie odrzuciło, ale ta głupia reakcja nie trwała długo) i gdybyśmy chcieli zagłębiać się w każdy utwór, otrzymalibyśmy tekst godny partyjnych przemówień towarzysza Wiesława. Na szczęście nie ma takiej potrzeby, bo to krążek cudownie jednorodny, wspaniale spójny i doskonale zamknięty w całość. I od pierwszej do ostatniej sekundy emanujący magią. Nie wiem jak to określić, byście zrozumieli, co mam na myśli, bo to jest przecież magia, coś nieuchwytnego, ulotnego, bardzo subiektywnego i personalnego. Trochę jak więź, jak alfabet, który rozumiesz tylko ty sam. I tutaj wszystkie litery mi pasują, ich kolejność, brzmienie, znaczenie i to jaką tworzą całość. Oczywiście mamy do czynienia z black metalem, teoretycznie klasycznym. Teoretycznie, bo w praktyce sporo tu momentów black metalowych mniej, lub w ogóle nie mających znamion czarnej sztuki. Są one oczywiście umiejętnie wplecione w dobrze znaną konwencję a efekt finalny stanowi w dużej mierze o sile tego krążka. To generalnie jest kompozycyjny majstersztyk, bo Mavorim niezwykle lekko i łatwo, po prostu naturalnie, zmienia atmosferę, natężenie emocji i mocy. Jest to album niezwykle bogaty (dlatego warto dać mu trochę czasu, nawet jeśli z pozoru wyda się taki, jak setki innych), ale bez zbędnych ozdobników. Wszystkie nietypowe środki wyrazu zastosowane zostały z umiarem i wyczuciem, dodając jedynie smaku i uroku a nie będąc daniem głównym. Nim jest soczysty, krwisty i naładowany emocjami black metal, czyli coś, co nie zawiedzie żadnego miłośnika gatunku. I nawet niemieckie wokale nie są w stanie mnie odstraszyć, ba – wręcz bardzo mnie ujmują. Jeszcze nie tak dawno uciekałbym gdzie pieprz rośnie, bo mam po prostu uczulenie na język naszych zachodnich sąsiadów. Jest już jednak od jakiegoś czasu lepiej a „Axis Mundi”, jak mniemam, wyleczył mnie z tej dolegliwości skutecznie (mam na myśli muzykę, bo sam z własnej woli nie zasiadłbym do niemieckiej telewizji). 

Na koniec krótko: album potężny, do którego chcę (wręcz muszę! - on mnie przyzywa!) wracać i wracał będę. W podsumowaniu tego roku znajdzie się bez wątpienia. 

No i okładka jakże piękna! 

Mavorim - „Axis Mundi”. Purity Through Fire, styczeń 2020.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz