niedziela, 5 stycznia 2020

Powrót bestii.


Dawno żadnej Finlandii nie było, prawda? A jak tu, cholera, żyć bez tych uroczych fanatyków sauny? W świecie black metalu trudno. Nie wiem jak mogłem do tego dopuścić, ale już naprawiam. Dziś o kolejnym powrocie po latach, kolejnym udanym. Kolejnym, bez którego świat żyłby nadal swoim życiem, dzieci chodziłyby do szkoły, łosie majestatycznie wędrowały pośród jezior a Finowie nadal popełnialiby samobójstwa i spożywali ogromne ilości piwa. Ale kto wie, może dzięki „Nocturnal Bloodlust” kilku więcej postanowi zakończyć żywot, bądź z takowych zamiarów zrezygnuje? Może dzięki tej płycie spożycie alkoholu wzrośnie a kilku młodych Finów, siedząc w szkolnych ławach, zechce w przyszłości sławić rogatego? Pewnym jest, że otrzymaliśmy ten krążek, a ponieważ to kawał dobrej muzyki, warto o nim napisać.

Metal Archives opisuje muzykę wykonywaną przez Black Beast mianem „surowego black metalu”, co w kontekście wydanej w listopadzie 2019 roku płyty, może zaskakiwać. Wystarczy jednak cofnąć się o czternaście lat, by wszystko stało się jasne. Zespół w swych początkach faktycznie siedział w głębokiej piwnicy, co dobitnie potwierdza epka z 2005 roku (polecam, dobry materiał). Panowie wydali jeszcze rok później split z Bloodhammer i słuch o nich zaginął. Nie mam bladego pojęcia, czemu na tak długo, może pokłócili się o milionowe dochody z dwóch wspomnianych już wydawnictw, może służba wojskowa w Finlandii trwa tak długo, aż wszyscy wytrzeźwieją, a może po prostu zajęli się rolnictwem. A poważnie – nie mam naprawdę takowej wiedzy, poza tym jest to kompletnie nieważne. Istotne jest jedynie to, że powrócili. Trzon zespołu (gitara i wokal) pozostał ten sam, nową twarzą jest perkusista, który bębni także w Fatherland. Najwyraźniej zmieniło się panom, przez te kilkanaście lat, podejście do black metalu, bo dziś stanowczo stawiają na moc. Dawno nie słyszałem tak ciężkiego i potężnego krążka w tym gatunku. Bo bez wątpienia jest to black metal, wsparty jednak ciężarem death metalu, trochę to wszystko momentami przywodzi na myśl niektóre dokonania Impaled Nazarene, ze względu na swą intensywność i niesamowitą agresję, kanonadę po prostu. Jasne, znajdziemy tu momenty zwolnień, lekkiego dozowania klimatu, ale na pewno nie są to czynniki na tym albumie pierwszoplanowe. Pierwsze skrzypce gra tu monumentalny wpierdol muzyczny, podany w formie chwytliwej, brzmiący zaskakująco czysto, choć jak najbardziej naturalnie. „Nocturnal Bloodlust” to prawdziwa nawałnica, idealna na koncertowe tańce. Już samo intro (nazwane tu bardzo ładnie „preludium”) to nie żadne tam klawiszki, czy inne pląsy przy akustycznej gitarze, tylko mięsisty kawał grania, który aż się prosi o rozwinięcie. I choć takowe nie następuje, niczego nie tracimy, bo kolejnych osiem kompozycji nie pozwala stać w miejscu i jestem pewien, że mogłoby przegonić wszystkie fińskie łosie aż do Rosji (czego pewnie one same by sobie nie życzyły, no ale trudno się dziwić). Mówiąc krótko i zwięźle - „Nocturnal Bloodlust” to trzydzieści minut black metalowego huraganu o mocy death metalowej nawałnicy. Wartością dodaną jest „słuchalność”, gdyż nie jest to płyta stworzona tylko i wyłącznie po to, by atakować dźwiękiem. Oferuje dużo więcej, dlatego szczerze polecam. Fajnie, że panowie postanowili wrócić a jeszcze fajniej, że w takim stylu, bo krążków takich jak ten, nie otrzymujemy zbyt wielu, w przeciwieństwie do piwnicznego grania. 

Black Beast - „Nocturnal Bloodlust”. Primitive Reaction, listopad 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz