poniedziałek, 6 stycznia 2020

97 liter i jeden znak specjalny*.


Mamy tu do czynienia z prawdopodobnie jednym z najdłuższych tytułów płyty w historii muzyki, nie tylko metalowej. Niektórym zespołom wystarczyłby on za tekst całego utworu, inne, te mniej rozrzutne, mogłyby po podzieleniu, zatytułować nim ze trzy wydawnictwa. Tak, najnowszy krążek Nekkrofukk, poza dużą ilością litery „k”, ma niesamowicie długi tytuł i ogromną dawkę ciężaru. Przed państwem „Antikkrist Venomous Uteroplacental Injekktor of Goat Semen & Mephistophallus Thermonukklear Messiah Violation”.

W skrócie – najlepszy dotychczasowy materiał zespołu, który niezmiennie działa mi na nerwy, ale ma swój urok. Działa mi na nerwy, bo wydaje mi się być karykaturą wszystkiego co w metalu i tak jest przerysowane, tylko taką zupełnie niepotrzebną. Działa mi na nerwy ta cholerna maniera podwójnego „k”, bo nie lubię takich dziwactw, poza tym to prawdopodobnie wyraz megalomanii Lorda K. Działają mi na nerwy te wszystkie tytuły, tak przerysowane i przesadzone, tak infantylne momentami, że aż chcę wrócić do czasów podstawówki, by mnie nie irytowały. Ale, co najlepsze, wszystkie te rzeczy, które działają na mnie alergicznie, mają swój urok i w pewnym stopniu doceniam, że Lord K. się ich trzyma. Poza tym – i to chyba dość ważne – gra naprawdę niezłą muzykę. A w przypadku „Antikkrist Venomous Uteroplacental Injekktor of Goat Semen & Mephistophallus Thermonukklear Messiah Violation” (tak, musiałem) jest to muzyka bardzo dobra, choć jak zwykle – mógłby być to album krótszy. Inaczej – choć jak zwykle – poszczególne utwory mogłyby być krótsze. Zawsze uważałem, że jeśli nie masz już nic nowego do powiedzenia, nie przeciągaj, nie każdy jest Vargiem by tworzyć genialne rzeczy z trzech dźwięków trwające dziesięć minut. Ale nie jest to pierwszy raz, pisałem o tym wcześniej, Nekkrofukk po prostu tak ma. W przypadku tego krążka, mam na myśli w szczególności pierwszy numer, bo choć riff przewodni jest naprawdę świetny, to jednak w pewnym momencie odczuwam przesyt. Dość już jednak narzekań, bo słucha się tego albumu naprawdę dobrze. Toczy się jak potężny, ale taki naprawdę cholernie potężny, walec. Łamie kości, miażdży wnętrzności i zgniata duszę. Wszystko to za sprawą niesamowitego brzmienia, szczytowego jeśli chodzi o twórczość Nekkrofukk. Samą przyjemność z obcowania z tym bluźnierczym wymiotem, zapewnia zestaw naprawdę udanych riffów (są oczywiście lepsze i gorsze, ale wszystkie co najmniej dobre) oraz klawisze. Tak, ten instrument został tu wyniesiony na poziom do tej pory w twórczości zespołu nieznany. Doskonale uzupełnia resztę instrumentarium i wprowadza wręcz natchniony, mistyczny klimat, co w połączeniu z diabelną atmosferą i bluźnierczym przesłaniem całej reszty, daje świetny efekt końcowy. Trzeba oddać Lordowi K. umiejętność budowania klimatu i niepowtarzalnej aury swoich krążków. I choć spotykaliśmy już w twórczości Nekkrofukk albumy gęstsze, mocniej wiejące siarką i wylewające smołę, to ten jest po prostu najcięższy, najbardziej dojrzały i najciekawszy. A smoły i siarki oczywiście mu nie brakuje, bo przecież nie mogło ich zabraknąć. 

Mogę sobie narzekać na pewne elementy twórczości Nekkrofukk, które mnie rażą. Mogę, bo to moje prawo, choć wiem, że większość nie podziela moich utyskiwań i zespół ten wielbi. Ja wielbił nigdy nie będę, ale albumy takie jak ten docenię zawsze, bo to po prostu kawał solidnego kopa w mordę wszystkiego co święte, a taki kop zawsze był, jest i będzie moim sojusznikiem. Polecam. 

* - liczyłem tylko raz, mogłem się pomylić. 


Nekkrofukk - „Antikkrist Venomous Uteroplacental Injekktor of Goat Semen & Mephistophallus Thermonukklear Messiah Violation”. Putrid Cult, listopad 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz