niedziela, 22 grudnia 2019

Otchłań ciszy.


„The Oblivion of Time in the Dim Light” portugalskiego Concilium kojarzy mi się ze zjawiskami atmosferycznymi oraz tajemniczymi zabytkami architektury. Te pierwsze to nisko wiszące, ciemne chmury, cisza niesiona wiatrem i spokój przed nadchodzącą nawałnicą, huraganem czającym się gdzieś na horyzoncie i nieuchronnym porwaniem w jego wir. Te drugie to portugalska Sintra i Studnia Wtajemniczenia, spojrzenie w którą jest jak obcowanie z debiutem tajemniczego projektu z Półwyspu Iberyjskiego.

Trop drugi wydaje się być oczywisty ze względu na kraj pochodzenia, jednak dla mnie jest w tym coś więcej. Można go połączyć z pierwszym, bo oba rysują przede mną wir otchłani a takowy widzę, słuchając czterech kompozycji składających się na „The Oblivion of Time in the Dim Light”. Można też oczywiście wspomnianego już huraganu oczekiwać, siedząc nad Studnią Wtajemniczenia i spoglądając w dół, co pogłębiłoby wrażenie nieuchronnego porwania przez wielką nicość, mogłoby to jednak być za dużo – aż tak sugestywny ten krążek nie jest. Wystarczy jednak jego obrazowość na tyle, by myśli popłynęły ku dalekiej Sintrze, i choć nigdy tam nie byłem to wspomnianego zabytku zdjęcia widziałem. Wystarczyły, by na kanwie wspólnego pochodzenia, zbudować mocne skojarzenie. Studnia wije się pod nami, jest jak zapraszająca czeluść, z której może już nie być wyjścia, debiutancka epka Concilium czyni to samo – chwyta nas na czterdzieści minut (bardzo długi czas jak na taki format wydawniczy) i wyłącza z rzeczywistości, wyrzuca poza nią, robi przy tym co chce z naszą psychiką, choć paradoksalnie – głównie uspokaja. I tu przechodzimy do skojarzenia pierwszego. Ten album jest jak ta cisza i błogi spokój przed zawieruchą, płynie jak ciemne niebo, nie zwracając uwagi na czas, wydarzenia i historię. Mógłby być ścieżką dźwiękową takich chwil, właściwie to on jest taką chwilą i jej dźwiękiem. Niejednego znuży swoją monotonią, brakiem jakichkolwiek elementów zaczepienia, wysuniętych na tyle by zaciekawiły, innych pochłonie jak studnia, niekoniecznie portugalska, jeszcze inni wzruszą ramionami i skoczą w niego na główkę, bo przecież szaleństwo to też jest metoda. Którąkolwiek z dróg nie pójdziecie, koniec i tak zawsze będzie taki sam – nicość. Warto więc posłuchać co w tej kwestii ma do powiedzenia Concilium, bo to rzecz frapująca i skonstruowana jakby na przekór standardom. Nie ma wyrazistej, silnej i agresywnej gitarowej podbudowy. Instrument ten jest tu w tle, czasami ledwo słyszalny. To samo z wokalami. Schowane, pełnią rolę dopełniającą dla atmosfery otchłani. Wszystko tu płynie perkusją i klawiszami, jednostajnie, mrocznie i posępnie. Transowo wręcz i hipnotyzująco. Całość wydać się może jednym, długim utworem, z delikatnymi zmianami melodycznymi, jest to jednak wrażenie mylne, gdyż każdy następny skok w tę czarną dziurę pozwala odkryć sporo smaczków. Fakt, jak na czterdzieści minut, nie jest ich wiele, ale jak na album tak monolityczny, zaskakująco dużo. Black metal to oryginalny, nietypowy i tajemniczy, trudny jednak do pokochania za pierwszym razem. Ja wsiąkałem w ten krążek długo, kropla po kropli znikając coraz głębiej, wiem jednak, że nawet to nie gwarantuje regularnych do niego powrotów. Specyfika jego jest taka, że wymaga określonego nastroju i momentu, a czego jak czego letnich burz się w tej chwili wielu nie spodziewam. Polecam jednak, bo urok posiada. Trzeba tylko spróbować się mu poddać. Otchłań wzywa i ma głos diabła. 

Właściwie to nie wiem po co ja to wszystko pisałem, skoro logo i tytuł płyty oddają jej charakter doskonale. 

Concilium - „The Oblivion of Time in the Dim Light”. Putrid Cult, listopad 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza