niedziela, 1 grudnia 2019

Narodziny gigantów.


Dziś mili moi pochylimy się nad wydawnictwem będącym doskonałym przykładem, że co za dużo, to niezdrowo. W tym przypadku zasada ta przekłada się na odwieczną prawdę, zapomnianą co prawda w ostatnich latach, ale wciąż słuszną – nie ilość a jakość. „Under the White Flame” to w moim odczuciu coś więcej niż zwykły split, bo zjednoczenie pod jednym tytułem (dość wymownym) trzech z czterech elementów układanki w zupełności wystarcza by określić tę kooperację jako dzieło zamknięte i wyjątkowe jeśli idzie o rodzimą scenę. Niestety, pozostaje element czwarty, który negatywnie wpływa na końcowy odbiór i mi osobiście psuje przyjemność obcowania z tym materiałem.

Nie zrozumcie mnie źle – „Under the White Flame” to piękna idea i świetny split, jestem po prostu trochę rozgoryczony, bo mogło być to wydawnictwo doskonałe, genialne i powalające. Ktoś niestety postanowił upchnąć tu za dużo, zaburzając tym samym końcowy obraz i niszcząc ideę. 

Podczas gdy Dagorath, Occultum i Czort prezentują tu poziom światowy, niebanalne podejście do bluźnierczej idei i obwieszczają wszystkim, że należy się z nimi liczyć bo przyszłość jest ich, to Mordhell przypomina mi ubogiego krewnego z prowincji, który na rodzinnych salonach czuje się dziwnie, bo każą zdjąć buty a on ma dziury w skarpetach. Oczywiście nikt go nie wyrzuci, w końcu to rodzina, będzie tolerowany, wszyscy mogą nawet śmiać się z jego rubasznych żartów i całkiem nieźle w jego towarzystwie bawić, ale jednak zebrali się tu po to by rozprawiać o sprawach ważniejszych niż zawartość butelki czy wąsy cioci Marzenki. Split trwa ponad pięćdziesiąt minut, bez czterech numerów Mordhell byłby krótszy o minut jedenaście, czyli nikomu nic by się nie stało, bo nadal byłby długi, tyle tylko, że przy okazji perfekcyjny. Wśród pierwszych pięciu kompozycji mamy tytuły „Królestwo moje nie jest z tego świata”, „Return of the Giants” czy „Ku chwale kroczącemu w blasku miesiąca” a tu nagle wjeżdżają tematy typu „WhoreCunt” czy „Alkkoholikk Aggressor”. Nie. No po prostu nie. Przecież to jakaś paranoja. Tak na marginesie – czy stosowanie podwójnego „k” to już plaga? Nic nie mam do tego typu treści w metalu, sam nie wylewam za kołnierz i mam świadomość, że takich tekstów są tysiące, no ale nie na takim wydawnictwie proszę państwa! Numery Mordhell są oczywiście solidne i w każdych innych warunkach sprawdziłyby się, tu po prostu nie pasują do klimatu wydawnictwa i ducha jaki nad nim się unosi. Tyle. Nie ma sensu dłużej skupiać się na minusach „Under the White Flame”, bo plusów jest stanowczo więcej. Konkretnie trzy. Nazywają się Dagorath, Occultum i Czort. 

Ci pierwsi, którym kibicuję od debiutanckiego demo (o wszystkich dotychczasowych materiałach zespołu możecie przeczytać tu), otwierają swoimi trzema kompozycjami wydawnictwo. I z miejsca stawiają poprzeczkę bardzo wysoko i niejako określają poziom całego splitu. Dagorath to zespół coraz bardziej uformowany, ukierunkowany i z własnym, oryginalnym obliczem. Trudno odmówić im rozwoju a tym bardziej ciekawego potraktowania formy klasycznego black metalu. Ich siedemnaście minut na „Under the White Flame” to podróż szaleńca poprzez ciemne zakamarki jaźni, z diabłem u boku. To black metal ambitny, choć klasyczny, szalony ale w granicach gatunkowych. Momentami pełen grozy i dzikiego śmiechu, kiedy indziej agresywny i potężny, ale zawsze porywający i przeszywający. Ich muzykę odbiera się każdym zmysłem, jest bardzo plastyczna a atmosfera jaką tworzy wręcz namacalna. Po raz kolejny potwierdzili talent i twórczą otwartość pełną świetnych pomysłów aranżacyjnych, przyszłość rysuje się wybornie! 

Kiedy kończą się trzy utwory Dagorath i człowiek myśli, że lepiej być nie może, pojawia się Occultum, z taką kartą na ręku, że to rozdanie jest bezapelacyjnie ich. Niby tylko dwa asy, ale na sterydach. Zawsze miałem ich za solidnych pierwszoligowców, ostatnim albumem (o nim tutaj) zgłosili akces do ekstraklasy, ale to co zrobili na tym splicie z automatu wrzuca ich do europejskich pucharów. Jeśli najbliższy album będzie w tym stylu (proszę, zamieśćcie na nim te dwa numery!), panowie podbiją serca wszystkich, nawet tej części Torunia, która słucha Radia. Pierwszy uderza dziewięciominutowy „Return of the Giants”, przynosząc zmianę stylu w stosunku do „In Nomine Rex Inferni” i obwieszczając może nie powrót, ale narodziny gigantów. Occultum nadal gra potężnie, ale dużo bardziej przestrzennie, mniej tu ciężaru i dołu, więcej powietrza i porywającej agresji. Utwór to złożony, świetnie skonstruowany i ciekawy, z niewątpliwym smaczkiem w postaci chórów. I znowu – gdy myślisz, że już lepiej nie będzie, wjeżdża wisienka na torcie, prawdziwy hymn i numer, który potrafi opętać całkowicie – „Satanic Black Metal Until Death”. No to jest proszę państwa istne szaleństwo! Nie ma nawet sensu próba opisania tej kompozycji, wystarczy powiedzieć, że będę ją pamiętał do śmierci. Bo przecież black metal po grobową deskę, a to jest jeden z jego hymnów. W kontekście tych dwóch doskonałych utworów nie można nie wspomnieć o niesamowitej wokalnej robocie Gavrona. To co on tu wyczynia zasługuje na medal. Czekam na kolejny materiał jak Afryka na cywilizację! 

Split zamyka Czort. Zespół, który wydał dotąd jednego pełniaka, swoimi dwoma nowymi kompozycjami także sygnalizuje rozwój i spore aspiracje. „Czarna Ewangelia” poruszała przede wszystkim w sferze lirycznej, muzycznie oferując dość standardowe granie, bez większych fajerwerków i artystycznych szaleństw. Tu też próżno ich szukać, jednak muzyka jest bogatsza, dojrzalsza i po prostu ciekawsza. Na szczególną uwagę zasługuje „Taniec ślepych szaleńców”, pokazujący, że zespół dojrzał i okrzepł. I że zmierza w dobrym kierunku. Pomimo bardzo wysokiego poziomu bluźnierców z Torunia i Bydgoszczy, Czort broni się i bardzo udanie dopełnia tę trzyelementową układankę. Kolejny jasny (znaczy ciemny, ale wiecie o co chodzi) punkt na naszej scenie i jestem pewien, że kolejnym albumem zaskoczą nas bardzo pozytywnie. 

Wszystko dopełnia świetna oprawa graficzna, oszczędna, ale wymowna. Finalnie otrzymujemy więc materiał wielce interesujący, dzieło niemal perfekcyjne w swej formie i treści. Niemal, bo… No, ale do tego już nie będę wracał, bo przecież to tylko moje odczucie i kompletnie możecie je olać. Tym bardziej, że naprawdę warto nabyć płytę bo to obok splitu Martwa Aura / Odour of Death, najlepsza tegoroczna krajowa kooperacja. Oba te wydawnictwa mogą służyć za materiały prezentujące nasze kulturalne dobro narodowe i ambasady na całym Świecie powinny pomyśleć nad ich dystrybucją. 


Dagorath / Occultum / Mordhell / Czort - „Under the White Flame”. Under the Sign of Garazel Production, listopad 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz