piątek, 13 grudnia 2019

Kości zostały zmiażdżone.


Metalowy Płock kojarzy mi się przede wszystkim z Kingdom, który bardzo lubię i szanuję. Wiem oczywiście, że nie tylko liderzy dzisiejszej, krajowej sceny death metalowej pochodzą z tego mazowieckiego miasta, no ale siłą rzeczy myśląc Płock, mówię Kingdom. Warto jednak przyjrzeć się innym, choćby takiemu Erupted Evil, który właśnie wypuścił swój pełnowymiarowy debiut zatytułowany „Ghoul”.

Płock jednak ogromnym miastem nie jest i o koneksje pomiędzy zespołami, szczególnie chodzącymi w podobnej muzycznej wadze, nie trudno. Stąd skojarzenie z Kingdom jest bardzo na miejscu, gdyż sesyjnie udziela się tu ich gitarzysta - LWN - tym razem na basie, który jednak brzmi tak jak ten nagrany przez STH na ostatnim krążku Królestwa. Początek ósmego „I’m Rising Dead” jest jakby żywcem wyjęty z „Rotting Carcass Arise upon the Burial Mound” a czwarty numer „Kości” mógłby z powodzeniem stać jedną z tych doskonałych, polskojęzycznych kompozycji, które znajdujemy na każdym krążku Kingdom. Jest to swoją drogą mój ulubiony kawałek na „Ghoul” i utwór do którego wracam z dużą przyjemnością. Nie ujmuje to reszcie płyty bo choć materiał to prosty i dosadny, to na wysokim poziomie. Tu zresztą nie ma miejsca na ściemy i owijanie w bawełnę. Po otwarciu pudełka, w oczy rzuca się widniejący na krążku komunikat - „Obscure Death Doom”. I w zasadzie mówi on wszystko, co chcielibyście wiedzieć o tej płycie. Brzmienie powala ciężarem i siłą, zachowując odpowiednią ostrość i wyrazistość przekazu. To nie jest wywrotka gruzu, raczej walec, systematycznie miażdżący słuch. Wbrew pozorom nie jest jednak ten album bardzo wolnym, bo jest tu sporo fragmentów szybkich, kiedy nóżka chce tupnąć a główka podskoczyć. Świetną robotę robi perkusja, nie dość, że doskonale brzmiąca, to po prostu budująca tło tej całej machiny zagłady. Wbrew prostej konstrukcji utworów, perkusista stara się grać naprawdę ciekawe rzeczy, nie ograniczając się do trzymania rytmu. Ale jest to człowiek nie z pierwszej łapanki, bo tak – oczywiście – bębni też w Kingom. Nie samą sekcją ten album stoi, bo tak wokalista jak i gitarzysta nie brzmią jak amatorzy. Ten pierwszy (możecie go kojarzyć choćby z Ritual Lair) ma głos wręcz stworzony do powolnego ożywiania trupów a riffy drugiego, choć nie odkrywcze, są na tyle ciekawe, że nudy podczas tych trzydziestu minut nie odczułem. Zespół wcześniej wydał jedynie demo (wszystkie trzy numery są i tutaj), ale panowie są wystarczająco doświadczeni by dostarczyć materiał jakościowo co najmniej dobry. Pewnie nie zawojują nim świata, bo muzyka to bardzo (jak na dzisiejsze standardy) przesiąknięta starą szkołą i patentami z zamierzchłej przeszłości, ale tym co doceniają szczerość i pasję, na pewno przypadnie do ucha. Widziałbym Erupted Evil na koncertowych wojażach po niewielkich, zadymionych i mrocznych klubach. Jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, polecam, bo mam przeczucie, że może to być hipnotyczna sztuka. A na pewno skuteczne miażdżenie śledziony i kilku innych organów. 

Udany debiut i oby tak dalej. Całość dopełnia schludne wydanie oraz ciekawa okładka, pasująca do klimatu albumu. Temu jednak, który odczyta teksty z wkładki, stawiam piwo. Efekt był zapewne zamierzony i robi fajne wrażenie, jednak uniemożliwia dotarcie do zawartości lirycznej bardzo skutecznie. Może to i lepiej, bo kto wie jakie tam bezeceństwa się czają? 

Erupted Evil - „Ghoul”. Fallen Temple, wrzesień 2019.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza