środa, 4 grudnia 2019

Kakofonia z Chicago*.


Nasz niezastąpiony Greg (jezusie, dbaj o jego zdrowie) ma talent do dawania szansy ciekawym projektom zza oceanu, wydając ich debiuty, które wcale nie muszą być pełnowymiarowymi albumami. Pamiętacie Pyromancer? Jeśli nie, to lepiej sobie przypomnijcie. I choć jest to ryzykowna zabawa, on najczęściej trafia. Tegorocznej jesieni, sprowadził do nas z Wietrznego Miasta Beastlurker. Nie jest to może ta półka (choć jakiekolwiek porównania nie mają sensu) co wspomniany już Pyromancer, muzycznie też inna bajka, ale nie mogę uciec od skojarzeń. A i muzyka zespołu z Chicago daje nadzieje na przyszłość, warto więc rzucić na nich uchem i okiem. 

Nie tylko na przyszłość zresztą, bo już tu i teraz jest bardzo zacnie. Zanim jednak o zawartości muzycznej „Sanguine Elixir of Psychotropic Divination”, wrócę do skojarzeń. Otóż wystarczyło mi spojrzeć na okładkę, logo, płytę jako finalny, skończony produkt i doznałem takiego samego odczucia jak w przypadku demo Pyromancer. Bardzo to wszystko ładne i estetyczne. Dodałem do tego miejsce pochodzenia, wydawcę i oba materiały połączyły się w mojej głowie mocno. Są bardzo dopracowane pod względem wydania, nawet loga oba zespoły mają takie, jak lubię. Miewam czasami dziwne skojarzenia, więc bez dalszych tłumaczeń (bo pewnie i tak ich nie zaakceptujecie) powiem tylko, że Beastlurker to dla mnie nowy Pyromancer w stajni Godz Ov War. Mam tylko nadzieję, że bardziej płodny (choć coś mi tam Grzegorz wspominał, że autorzy „Demo MMXV” pracują nad czymś nowym). Muzycznie, jak już wspominałem, to inna bajka, bo Beastlurker jest dużo bardziej ułożony, brzmi lepiej (znaczy bardziej profesjonalnie) i po prostu gra inny rodzaj muzycznego wpierdolu. Bez wielkiego ryzyka można stwierdzić, że to doskonały przykład black / death metalu, bardzo esencjonalny i czysty w swej formie. Może jeszcze nie do końca ukształtowany i rozwinięty pod względem bogactwa i kunsztu, ale szczery i przekonujący. Dobry, by laikowi wytłumaczyć jak powinny brzmieć te dwa gatunki połączone ze sobą. Ciężar i agresja są tu zbalansowane doskonale, brzmienie dla takiego grania wręcz perfekcyjne. Jedyne czego brakuje to jakichś porywających momentów w większych ilościach (choć musimy pamiętać, że to tylko dwadzieścia jeden minut grania), zapadających w pamięć i pozwalających umiejscowić ten materiał w głowie na dłużej. Nadzieję na takowe w przyszłości daje ostatni utwór, w moim odczuciu najlepszy na płycie, uniósł me brwi kilka razy (między innymi bas!) i lubię do niego wracać. Nie oczekuję od Amerykanów odkrywania Ameryki (sorry chłopaki, to już zrobione), tym bardziej eksperymentów, chciałbym tylko by kolejnym materiałem zatrzymali mnie na dłużej, bo słychać, że potencjał ku temu mają. Warsztat, pomysłowość, zmysł do brzmienia i kilka aranżacji, pozwalają oczekiwać od Beastlurker dużo więcej. Papiery na zrywające berety granie są, a jak są papiery, to już jest połowa sukcesu. Życzę tego z całego serca, głównie dlatego, że kibicuję mocno Gregowi i wiem jak ważne są dla niego wszystkie zespoły, które wydaje. A reszcie wydawców życzę takiego nosa, bo wypuszczają czasami totalne klapy, cholera wie po co, a wystarczy trochę głębiej pogrzebać, wyjść poza krajowe podwórko i można trafić na naprawdę perspektywiczne, ciekawe i godne wsparcia zespoły. Beastlurker jest jednym z nich. Sprawdźcie, bo warto. A nawet jeśli odpuścicie debiutancką epkę, nie przegapcie kolejnego materiału, bo przeczucie mówi, że będzie to cios. 

* - ja tak nie uważam, ale we wkładce jest tak napisane. Po zastanowieniu, dochodzę do wniosku, że w takim razie cała ta recenzja nie była w ogóle potrzebna. 

Beastlurker - „Sanguine Elixir of Psychotropic Divination”. Godz Ov War Productions, listopad 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz