niedziela, 15 grudnia 2019

Dawno temu w Radomiu.


W ostatnich latach popularne stały się wznowienia klasycznych, krajowych materiałów, które z różnych względów albo nie doczekały się należytej atencji, albo po prostu warto przypomnieć je młodszemu odbiorcy. Lata dziewięćdziesiąte powracają, bo siłą rzeczy to one są najmocniej eksplorowane w kontekście przywracania pamięci. Scena była wtedy prężna i bogata, jednak jej możliwości nie były takie jak dziś – stąd sporo wartych uwagi materiałów zniknęło w mroku czasu. Jeśli lata dziewięćdziesiąte to death metal, który nad Wisłą reprezentowany był w tamtym czasie dużo silniej niż ma to miejsce dziś. Za sprawą Godz Ov War Productions dostaliśmy niedawno kolejny zapomniany klejnot klasycznego śmierć grania, czyli „Hellish” radomskiego Ahret Dev.

W przypadku tego wydawnictwa trudno jednak mówić o jednej płycie, bo tak naprawdę dostajemy zapis całej muzycznej historii zespołu. Doskonale, bo choć krótka, jest to historia bardzo przyjemna dla ucha. Podchodzę do takich wydawnictw z radością a jej przyczyna kryje się w dwóch punktach. Primo – cieszę się, że dobre, stare płyty mają szansę znowu zaistnieć, bo w większości wypadków im się to należy. Secundo – bo mam już swoje lata i materiały wznawiane słyszałem, gdy miały swe premiery. Pozwala mi to na sentymentalną podróż do czasów młodości. W przypadku „Hellish” jest dokładnie tak samo, choć dzięki zamieszczeniu tu dodatkowych materiałów, mogę poczuć się jak dzisiejszy odbiorca młodszy i usłyszeć coś po raz pierwszy. Dlatego dla mnie większą wartość ma tutaj płyta numer dwa, na której znajdują się demówki, nagrania z prób a nawet materiał zarejestrowany jeszcze pod nazwą Wenetis (funkcjonowała ona do 1994 roku). Oczywiście danie główne, czyli jedyny pełniak w historii Ahret Dev, to rzecz absolutnie warta poznania i jeden z ciekawszych death metalowych krążków tamtych lat. Z jednej strony wspaniale obrazuje styl polskiego death metalu połowy lat dziewięćdziesiątych (skojarzenia ze sceną amerykańską jak najbardziej na miejscu) oraz jego otoczkę (nagrań dokonano w Selani Studio, w którym wtedy drzwi się nie zamykały), z drugiej pokazuje pewien stopień oryginalności radomskiego zespołu. Tak, ich death metal faktycznie Ameryką stoi (a czyj wtedy nie stał?), ale jest w nim pierwiastek jakiejś niesamowitości, lekko orientalny i egzotyczny posmak (warto zwrócić uwagę na tematykę tekstów, bo tam dopatruję się jego źródła) oraz chęć do grania bogatszego niż przeciętne. Aby to osiągnąć trzeba było ćwiczyć, co doskonale obrazuje to wydawnictwo. Jak na tacy dostajemy zapis rozwoju muzyków, zespołu i jego konceptu jako całości, delikatne zmiany wpływów z zewnątrz, słowem wszystko co decyduje o artystycznej drodze. Warto zacząć słuchanie tego dwupłytowego materiału od krążka numer dwa, by się o tym przekonać. Jest to, w moim odczuciu, największy plus tego wznowienia i wielkie brawa, że tak to zostało pomyślane i zrobione. Brakuje mi tu do pełni szczęścia jakiegoś tekstu traktującego o historii zespołu, najlepiej autorstwa któregoś z muzyków. Byłoby to fajne dopełnienie pięknie wydanej muzycznej drogi Ahret Dev, która niestety skończyła się zbyt wcześnie, bo wspomniany już rozwój zespołu pokazywał, że mogło być przed nim jeszcze wiele ciekawych nagrań. 

Dwie płyty, półtorej godziny muzyki. Piękne wydanie, które dostępne jest w dwóch wersjach (ja mam tę biedną ale jest jeszcze z naszywką). Sentymentalna podróż a zarazem poznanie nowych, choć przecież starych rzeczy. Wszystko to składa się na najwyższą z możliwych ocen i pozostaje jedynie wspierać takie inicjatywy oraz dziękować tym, którym się chce. Ja czynię to teraz, bo nie spodziewałem się, że demo z roku 1995 aż tak trafi w mój gust! Nigdy wcześniej go nie słyszałem, jestem więc bardzo wdzięczny. Eh, po tylu latach, kto to widział takie rzeczy! 

Na koniec serdeczne pozdrowienia dla Michała Kraszewskiego, pierwszego wydawcy „Hellish” - posiadałem dawno temu kasetę! 


Ahret Dev - „Hellish”. Godz Ov War Productions, październik 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz