poniedziałek, 4 listopada 2019

Prochy Rzymu.


Lubię pomęczyć was raz do roku krążkiem, który choć spoza metalowych obszarów, to wstrząsa mną mocno. Był już Manes, był Ulver, w tym roku sprawa idzie nawet dalej, bo przecież oba wspomniane zespoły trochę swego istnienia na chwałę czarciej sztuki przełożyły. Płyta, która w tym roku mocno mnie sponiewierała została skomponowana przez człowieka nie mającego w swym dossier doświadczenia na metalowym polu, pomimo tego jego projekt jest wśród metalowej publiczności całkiem dobrze znany. W tym roku wszystkie moje poza metalowe drogi prowadzą do Rzymu.


Mam kłopot z tymi płytami, bo najczęściej kompletnie nie wiem co o nich napisać od strony technicznej. Nie znam się na takiej muzyce, nie wiem do czego odnosić, skąd wywodzić i gdzie umiejscawiać, dlatego staram się o nich pisać tak, jak je odbieram. Sercem. W przypadku ostatniego albumu Rome będzie dokładnie tak samo. Jasne, nie jestem kompletnym dyletantem i idiotą, mam internet i potrafię znaleźć trochę informacji o muzyce, którą komponuje Jerome Reuter. Dzięki tym niezwykłym umiejętnościom wiem, że to neofolk wzbogacony o martial folk tudzież martial industrial. I fajnie, tyle że ani trochę nie jest mi to do niczego potrzebne. Nie mam zamiaru grzebać w tych gatunkach bo taka muzyka i tak nie stanie się treścią mojej codzienności, bo tą jest black metal, który mam w krwioobiegu. Wystarczy mi Rome ze swoją dyskografią, bo nie jest tak, że „Le Ceneri di Heliodoro” to pierwszy album Luksemburczyka, który usłyszałem. Znam większość płyt i większość tej większości bardzo lubię. Od ostatniego krążka minęło już jednak sporo czasu, poza tym najnowszy album stoi na bardzo wysokim poziomie, więc zrobił na mnie naprawdę mocne wrażenie i słucham go częściej niż pozostałych. Szczerze mówiąc słucham go bardzo często a co najmniej jedna kompozycja zrobiła ze mnie swego niewolnika. I dlatego, bez żadnych wątpliwości jest to dla mnie album roku, oczywiście spoza ciemnych leśnych i piwnicznych ścieżek. Niesie ze sobą jednak tak ogromną ilość emocji, że pod tym względem może bez problemu konkurować z najlepszymi black metalowymi dziełami nie tylko tego roku. A to właśnie emocji szukam w muzyce najbardziej, pasji, szczerości i oddania. I to wszystko tu jest w ilościach ogromnych. Słychać tę pasję i oddanie w każdym praktycznie słowie które Jerome pięknie wyśpiewuje, bo głos ma świetny. Jest tu i podniosłość, momentami epicki rozmach, ale dominuje aranżacja oszczędna, pozwalająca wokaliście być na pierwszym planie i dominować nad resztą. W tle panuje gitara akustyczna i instrumenty perkusyjne - ta pierwsza przynosi piękne melodie i rytmikę, te drugie wprowadzają nastrój wojenny i podniosły, ilekroć się pojawiają są sygnałem do boju. Jak przystało na gatunek (oho, znawca się znalazł!) wszystko wzbogacone jest samplami, lekką elektroniką i cytatami z różnych muzycznych epok. Prawie czterdzieści pięć minut muzycznej uczty, którą rozpoczyna niebagatelne i złożone intro, dające jasno znać, że to będzie wyjątkowa muzyczna podróż przynosząca uśmiech, zadumę, smutek i zamyślenie. Radość i tęsknotę. Grająca na strunach wszelkich uczuć i stanów, przypominająca o tym co ważne i o tym co minęło. Bo Rome to także doskonałe teksty, które bezapelacyjnie należy przeczytać. Dużo tu spraw ważnych, dużo historii, Europy i filozofii. Ale też zwykłego ludzkiego życia, miłości, gniewu, bólu i radości. Ten album taki właśnie jest – jedną nogą na ziemi, jedną wśród wielkich idei i wzniosłej myśli. A efekt końcowy zachwyca. Urzekające to niesamowicie, polecam wszystkim, którym blisko do piękna zawartego w emocjach. 

Wspomnieć należy o doskonałym wydaniu płyty i choć jej cena do najniższych nie należy, naprawdę warto ją nabyć. Za swój egzemplarz jeszcze raz dziękuję Irkowi, który całkowicie bezinteresownie zakupił go dla mnie podczas łódzkiego koncertu zespołu. Piwko przy najbliższej okazji! 


Rome - „Le Ceneri di Heliodoro”. Trisol Music Group, styczeń 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz