poniedziałek, 25 listopada 2019

Ciemności pod Oulu.


I znowu ta przeklęta Finlandia! Oczywiście to komplement, bo jak już wszyscy wiecie jestem nieuleczalnie zakochany w tym kraju i jego black metalowym obliczu. Łatwiej znaleźć tam leśny i piwniczny black metal niż piekarnię, ale w końcu lasów tam tyle co u nas kościołów. Nie byłem nigdy w fińskiej piwnicy (w przeciwieństwie do lasu), ale słuchając kolejnych materiałów o tymże posmaku, wiem, że czułbym się jak w domu.

Nie inaczej jest z Vonülfsrëich i ich kolejną (siódmą w historii, raz zaszaleli i wydali pełniaka) epką zatytułowaną „Ylfsreälm Inguz”. Posiedziałbym z panami w ich świecie, bo skrojony jest na moją miarę na wielu płaszczyznach. Minimalizm wyznacza to wydawnictwo, surowość i prostota rządzą od początku do końca. Okładka – nie będę dociekał co to, ma jednak w sobie więcej tajemniczej aury niż wiele suto opłaconych obrazów. Wkładka dostarcza tylko niezbędnych informacji a oprawa graficzna wydawnictwa poza wspomnianą już okładką właściwie nie istnieje (wyjątkiem urocze zdjęcie na rewersie). Są za to teksty, które biją po oczach uroczym romantyzmem i prostotą pierwszych wydawnictw black metalowych, ze wskazaniem na Norwegię. Krótko mówiąc jest zwięźle, treściwie i klimatycznie a w to mi graj. Muzycznie po raz kolejny mamy do czynienia z materiałem, od którego dźwiękowi esteci i techniczni onaniści powinni trzymać się z daleka. Nie usłyszycie tu bowiem kosmicznych solówek, dwudziestominutowych przejść na wszystkich możliwych instrumentach perkusyjnych czy wokali krążących od tenoru do basu. Siedzimy, proszę państwa, w piwnicy i to piwnicy głębokiej. Jest brudno, jest surowo, jest agresywnie. Zarazem jednak bardzo atmosferycznie o ile komuś nie przeszkadza atmosfera diabła bardzo podziemnego, wytarzanego w syfie i nieczystościach zatęchłego lochu. „Ylfsreälm Inguz” jest kolejnym materiałem potwierdzającym zdolność Finów do ohydnego grania przesyconego specyficzną atmosferą. Człowiek po prostu czuje i wie, że jest w tym coś więcej niż tylko samo zejście do podziemi by sobie ponapierdalać dla Szatana. To chyba jest wpływ tamtejszej aury, otoczenia i klimatu oraz oczywiście częstej ciemności (Vonülfsrëich jest z Oulu, a to już nie przelewki, bo daleka północ). Ten kraj definitywnie sprzyja naszej ukochanej muzyce i oby to się nie zmieniało. Oczywiście nie twierdzę, że najnowszy materiał fińskiego duetu to rzecz jakoś specjalnie wybitna czy mająca zdolność urzekania laików. Nie, to po prostu solidny, szczery i prosty jak bluźnierstwo black metal, który nie chce być niczym więcej. Świat istniałby bez niego, żylibyśmy nadal, ale dobrze, że takie zespoły trwają i tworzą, bo to one stanowią o sile podziemia. 

Piwnica zatwierdza, las zatwierdza, Finlandia i jej ciemność zatwierdza, wreszcie ja zatwierdzam. 

Vonülfsrëich - „Ylfsreälm Inguz”. Fallen Temple, wrzesień 2019.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz