wtorek, 1 października 2019

Proszę państwa, oto łoś.


Lew może sobie być królem dżungli, ale królem Finlandii jest łoś. A jak wiemy o dobry black metal łatwiej w tej drugiej krainie. W zasadzie bardzo łatwo, bo jest on tam tak popularny jak wspomniany już zwierz. Traficie tam na setki znaków ostrzegających przed przechodzącymi łosiami ale chyba nie ma znaków informujących o aktywności black metalowców. A szkoda, bo trasa śladami zespołów mogłaby być ciekawa, choć obfitująca w postoje. Z drugiej strony mogłoby to podchodzić pod ogród zoologiczny, więc może lepiej nie.

Wróćmy jednak do niekwestionowanego króla fińskich kniei. Żyje sobie taki łoś w lesie, upodobał sobie podmokłe i bagniste tereny, jest duży i potrafi być groźny. Wypisz wymaluj perfekcyjny kandydat na maskotkę black metalowych zespołów. Ale tu klapa, bo ta posada od samego początku zajęta jest przez wilka. To jednak może się zmienić wraz z nową płytą fińskiego Vordr, który bezczelnie na rewersie digipacka umieścił zdjęcie poczciwego ssaka melancholijnie zapatrzonego w dal. Czy wypatruje lepszej przyszłości? Czy może zobaczył członków zespołu chcących go koronować? A może po prostu ma na wszystko wywalone i patrzy sobie bez żadnego głębszego sensu i myśli? Te pytania pozostaną bez odpowiedzi, jednak łoś zdobiący album jest faktem i przyznaję iż cieszy me oko niezmiernie. Samo ascetyczne wydanie tej płyty jest urzekające, bo poza łosiem są tu zdjęcia lasu, spis utworów i skład zespołu. Lubię bogato wydane albumy ale biorąc pod uwagę prostotę i bezpośredniość muzyki Vordr taka forma oprawy pasuje doskonale. Nikt nie zarzuci przerostu formy nad treścią a sam album jako dzieło kompletne jest bardzo spójny. Muzyka proponowana przez Finów to prosty i surowy black metal wyhodowany na leśnej ściółce lub kilka metrów pod nią. Utwory (jest ich piętnaście!) są krótkie, treściwe i odpowiednio naładowane energią. Jak na taki styl nie ma tu za wiele klimatu i atmosfery, albo inaczej – nie stanowi tu on sedna sprawy. Finowie nie silą się na wyszukane aranże czy struktury kompozycji, ale nie można im odmówić talentu do tworzenia interesujących melodii (choć zarazem są w nich oszczędni). No i mają ogromną dawkę tego co w black metalu najważniejsze, czyli autentyczności, szczerości i pasji. Pewnie wielu z was stwierdzi po trzecim kawałku, że nuda bo do końca raczej nic się nie zmieni i będziecie mieli rację bo nic się nie zmieni. Ale o to właśnie chodzi. Trzeba lubić takie granie a ja lubię, więc mnie ten album jara. A najlepsze jest to, że Vordr ma już na koncie sporo wydawnictw (co ciekawe kilka z nich nosi ten sam tytuł, czyli po prostu „Vordr”) a ja ich nie znam. Zapowiada się fajne grzebanie w przeszłości. Cieszę się, że norweska Terratur Possessions wyciągnęła ten zespół z totalnych mroków fińskich borów, bo pewnie inaczej bym go nie poznał. 

Płyty takie jak ta utwierdzają mnie w dozgonnej i ogromnej miłości dla fińskiej sceny co w pewnym stopniu przenosi się na cały ten piękny kraj. W tym także, chcąc nie chcąc, na łosie. Trudno jednak odmówić im uroku i sympatycznego wyrazu twarzy. Może któregoś dnia black metal pokocha łosie a łosie pokochają black metal? Finlandia stałaby się wtedy jeszcze silniejsza. 

Vordr - „Vordr”. Terratur Possessions, sierpień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz