czwartek, 3 października 2019

Kielich pełen czerni.


Czarna jesień trwa. Czarna polska jesień. Zbliża się kilka ciekawych premier i dziś przeczytacie o tej chyba najczarniejszej. I przez wielu najbardziej wyczekiwanej, bo przecież Hell’s Coronation to duet o ugruntowanej w podziemiu renomie, który nie zwykł zawodzić. W dodatku wydaje wreszcie pełnowymiarowy album, trudno więc by wszystkie diabły tego świata nie zacierały z radości rączek. Aniołki niech dalej nie czytają. 


Cenię wielce gdański zespół o czym już pewnie pisałem, bo dane mi było recenzować wszystkie ich poprzednie wydawnictwa (tu, tu i tu). Pomimo tego powtórzę – cenię i szanuję Hell’s Coronation za lojalność, wierność i oddanie drodze obranej na początku swego istnienia. I cenił będę nadal, bo – co nie powinno być wielkim zaskoczeniem – nic się nie zmieniło jeśli idzie o środki wyrazu trójmiejskiego duetu. Naturalnie jest to tylko i wyłącznie powód do radości, bo po pierwsze – zwycięskiego składu i taktyki się nie zmienia, po drugie – eksperymenty, ekstrawaganckie pomysły i pościg za błazenadą zostawmy chłopakom w rurkach i z brodami, po trzecie wreszcie – podziemie docenia tych, którzy kroczą niezachwianie drogą szczerości i pasji, doceni więc ten album. Bo jest to materiał godny pełnowymiarowego debiutu. Zastanawiałem się jak poradzi sobie muzyka Hell’s Coronation w materiale dłuższym niż pół godziny i czy panowie obronią swój styl w kontekście uwagi słuchacza. Mojej nie stracili podczas tych czterdziestu minut, myślę więc, że się udało. Nie dzieje się tu nic nowego, ktoś może więc powiedzieć, że zjadają swój ogon, powtarzają się i kopiują swoje pomysły. Powiem tyle – nie mam zamiaru się sprzeczać, ale niech ten ktoś wie, że zjadać swój ogon też trzeba umieć. A poważnie – to po prostu jest styl zespołu i jestem więcej niż pewny, że wszelkie opinie (w tym i moją) mają głęboko w zadkach bo tak chcą grać i tak będą grali choćby sam białostocki inwestor postanowił w nich zainwestować. Tu się nic nie zmieni, bo zmieniać nie musi. „Ritual Chalice of Hateful Blood” to sześć numerów utrzymanych w wolnych i średnich tempach, przepełnionych siarką, piekłem, lawą, diabłem, rogami, widłami, bólem potępionych, wrzącymi kociołkami, ciemnymi lochami, pajęczynami, ruinami świątyń, zbezczeszczonymi ołtarzami, przewróconymi krzyżami, diabelskimi ogonami, chichotem diabłów i bólem i rozpaczą wierzących. I wszystko to było na poprzednich wydawnictwach. Było zresztą tego wszystkiego dużo więcej (tu też jest) ale ileż można wymieniać? Jest jedna, delikatna różnica, ale tu mogę się mylić – otóż mam wrażenie, że to najczyściej brzmiący materiał gdańskiej hordy (jednak zaznaczam – nie miałem czasu by odświeżyć poprzednie i się upewnić). Nic w tym jednak złego bo muzyka nabrała więcej mocy utrzymując odpowiedni poziom podziemia i piwnicy. Bez obaw – w kwestii brzmienia i aranżacji wszystko się tu zgadza. W każdej innej kwestii również, pozostaje powiedzieć tylko jedno – gratulacje panowie, bo takim długograjem można debiutować nie tylko w naszym rodzimym piekle ale i w światowym. Trzydziestego pierwszego października Hell’s Coronation zdeprawuje nawet truchło matki teresy, jeśli więc jest przedsprzedaż płyty to ja bym się nie zastanawiał na waszym miejscu. Wspierajcie takie zespoły, bo tylko takie warto wspierać. 

Muszę to napisać, choć niektórym wyda się to mocno na wyrost (mam to w nosie). Kilka razy podczas tych czterdziestu minut mam silne skojarzenia z jednym z pomników wolnego, mrocznego i czarnego grania, mianowicie „Worship Him”. Jeśli ktoś teraz się zaśmiał, niech posłucha uważnie „Ritual Chalice of Hateful Blood”. I nawet jeśli się ze mną nie zgodzi, to już samo takie skojarzenie jest najlepszą z możliwych rekomendacji. Diabeł powrócił. 


Hell’s Coronation - „Ritual Chalice of Hateful Blood”. Godz Ov War Productions, październik 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz