poniedziałek, 21 października 2019

Blisko ziemi.


Kringa to taki fajny austriacki zespół, który istniał sobie do tej pory bardzo z boku, w ukryciu, bez parcia na szerszą publiczność. Dziesięć lat w cieniu, kilka materiałów na koncie aż wreszcie przyszedł czas na pełnowymiarowy debiut. „Feast upon the Gleam” ukazał się pod sztandarem norweskiej Terratur Possessions, która działa prężnie, prawdopodobnie więc strefa cienia dla zespołu skurczy się i wypłynie on na szersze wody. To trochę dobrze, trochę nie bo jak wiadomo różnie z tym wypływaniem bywa, choć bez wątpienia pierwszy długograj zasługuje na atencję i wyrazy uznania bo krążek to przedni.


Kringa to taki fajny austriacki zespół, który swą nazwę zawdzięcza chorwackiej wsi, w której to podobno stwierdzono pierwszy przypadek wampiryzmu w historii. Romantyczna to historia ale po poznaniu „Feast upon the Gleam” o lepszą nie można by prosić. Ten krążek jak ulał pasuje do atmosfery wioski żywiącej wampira, zapomnianej i mrocznej. Pierwsze dźwięki przenoszą nas w czasie i wprowadzają do zapomnianej przez boga krainy, gdzie diabeł rozdaje karty a zwycięzców nie ma. Z miejsca zostajemy zaproszeni do udziału w podejrzanym rytuale a odpowiedzią na wszystkie pytania są tylko dziwne uśmiechy wybrakowanego uzębienia autochtonów. I podskórne uczucie, że lepiej zatańczyć ten taniec bo odmowa skończy się źle. Gdzieś tu jest zło, stare, zasiedziałe, szczerzące kły i jak cieniem nad wszystkim wiszące. Siedzi w kościelnej wieży, na dachu chałupy, woła ze studni i zerka zza drzewa. Obserwuje i przenika. I wreszcie podaje rękę i prowadzi w noc dziką i czarną, noc szaleństwa i zapomnienia. Serce wali jak szalone, ale w myślach nie ma miejsca na odmowę. Daleki śmiech nagle staje się bardzo bliski i choć wywołuje ciarki zaraża tak skutecznie jak kiła w najbliższym burdelu. Pozorna kakofonia miejscowych grajków zaczyna nabierać kształtu i wyrazu, ciało samo rwie się do szalonych pląsów a spocone dłonie chaotycznie wirują w powietrzu. Jest tylko tu i teraz, dopóki blady świt nie przełamie ciemności. I on tu jest, diabeł, diabeł rogaty z długim ogonem i czerwonymi ślepiami. I wszystkie jego sługi, bo w tym miejscu wszyscy są na jego zawołanie. Ty już także, bo uciec nie ma dokąd. Można jedynie poddać się tej hipnotycznej mocy i trwać w szale i uniesieniu, w oddaniu i strachu i w grozie jeżącej włosy na karku. Bo przepadliśmy dla świata, dla ludzi i dla boga. 

Jest w tym albumie bardzo dużo pierwotnego, dzikiego szału. To płyta trzymająca się mocno ziemi, jej praw i porządków, epatująca namacalnym wręcz złem i deprawacją. Szaleńcze tempa wspomagane opętanymi krzykami mieszają się tu z chwilami wytchnienia które nie niosą żadnej nadziei a pozwalają tylko złapać oddech. Austriacy stworzyli album pełen black metalowej furii, ale nie jest to na pewno krążek w stu procentach tylko i wyłącznie black metalowy. Dużo do powiedzenia ma tu pierwiastek ludowej obrzędowości pełnej strachu i zabobonu. I to on przede wszystkim decyduje o ogromnym uroku „Feast upon the Gleam”. Bardzo dobry materiał. Polecam, tylko uważajcie – potem nie ma już odwrotu. 


Kringa - „Feast upon the Gleam”. Terratur Possessions, sierpień 2019.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz