niedziela, 1 września 2019

Terror, rozwód i matka w piekle.


Czemu nikt mi wcześniej nie powiedział, że Damage Case istnieje? Czemu odkrywam ich dopiero za sprawą trzeciego albumu? Choć może to i lepiej, bo gdybym został fanem wraz z ich debiutem w 2013 roku (nie liczę demówek) to dziś by żyć musiałbym wypijać butelkę Jacka dziennie a to mogłoby nie skończyć się dobrze. Bo Damage Case to taki Motorhead na sterydach a ponieważ uwielbiam twórczość nieodżałowanego Lemmego trzeci krążek tczewian kupił mnie szybko.

Oczywiście dużym uproszczeniem byłoby zamknięcie twórczości Damage Case w porównaniu czy odniesieniu do Motorhead. Jasne, uroczy Angol jest tu wszędzie ale wraz z nim jeszcze kilku innych łobuzów jak choćby stary Venom czy cała armia alkoholików spod znaku thrash metalu lat osiemdziesiątych. Nie powinniśmy zapominać o inspiracjach klasycznym heavy i lekko punkowej estetyce, ale to przecież oczywiste kiedy grasz w stylu tamtej dekady. Wszystko to można zamknąć w maksymie prostej i dosadnej – robimy swoje, robimy metal, żadnych trendów, wszyscy się pierdolcie. I ja to przyjmuję z otwartymi ramionami. Damage Case potrafi sprawić mi masę radochy i od dobrych kilku tygodni nie potrafię się uwolnić od „Fuck’n’roll Damnation”. Jest szybko, jest głośno, jest porywająco i – co przecież ważne w takim graniu – momentami wesoło. Teksty grają tu ważną rolę: mamy więc sprawę rozwodową bo ona wybrała krzyż (gdzieś ty chłopie miał rozum?), czyjaś matka jest w piekle (ale nadal wypija cały alkohol) a komuś trzeba wykopać grób. Nie mogło się obejść bez obowiązkowego przechwalania o sianiu terroru, o tym, że nic się nie zmienia i nadal pozerzy won a w ogóle to nie my wyznajemy szatana tylko on nas. Wiadomo, standard, ale tak to właśnie powinno wyglądać. No i oczywiście nie brakuje tu muzycznych hitów, które rozkręcą każdą, nawet najbardziej ospałą imprezę. Taki „I Spit My Venom On You” będący bękartem Lemmego i Cronosa to murowany koncertowy niszczyciel nawet tych co podpierają ściany bądź przyjechali na wózkach. „Divorce Case 666” czy „Your Mother is in Hell” porwą do tańca barmanów, barmanki i ochronę choćby do tej pory pracowali jedynie przy obsłudze imprez tanecznych na Podlasiu. Nie da się przy tym albumie pozostać nieruchomym i choć trafiają się momenty mniej przebojowe to są w znaczącej mniejszości. Dominuje tu doskonała zabawa, czysty metal, skóry, łańcuchy i hektolitry alkoholu. Estetykę tę łamie dopiero ostatni „Iron Legacy”, będący oczywistym hołdem. Dla kogo? Nie zdradzę, ale to naprawdę bardzo dobrze zagrana rzecz – nadal w stylu Damage Case, ale tak, by nie było wątpliwości o kim mowa. 

Nie wiem jakim cudem nigdy wcześniej o zespole z Tczewa nie słyszałem. Może jestem pozerem? Jeśli tak, to już nie, bo jak mi pan jezus świadkiem, właśnie zostałem fanem. Teraz tylko wypatrywać koncertów bo bez wątpienia muszą to być udane prywatki. Kości stare, mięśnie zastane, ale postaram się nadrobić entuzjazmem i doświadczeniem ;) 

A Dirschau to Tczew, jakby się kto zastanawiał. Nie dziękujcie. Czcijcie muzycznego diabła, tylko pamiętajcie, że on czci Damage Case. 

Damage Case - „Fuck’n’roll Damnation”. Putrid Cult, maj 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz