czwartek, 26 września 2019

Siła talentu.


Andrew Campbell znany też jako Krigeist postanowił chyba dokonać swoistego rekordu i założyć zespół z przedstawicielem każdej europejskiej nacji. Gra już z Brytyjczykami w Barshasketh, Węgrami w Dunkelheit i Belliciste i z Serbami w Svartgren. Najnowszy projekt Nowozelandczyka to współpraca z przedstawicielem tych ostatnich, i to przedstawicielem dość znanym, bo obecnym wokalistą Gorgoroth. I jest to kolejny materiał, który potwierdza talent i twórczą moc Andrzeja (to tak na wypadek gdyby zdecydował się na współpracę z Polakami).

Myślą przewodnią stojącą za powołaniem do życia Nadsvest było połączenie ducha starego black metalu z mrocznym serbskim folklorem. Ten drugi składnik objawia się zapewne bardziej w warstwie lirycznej, bo choć znawcą serbskiego folkloru nie jestem, to muzyka zespołu nie ma w sobie wielu elementów ludowych. Piszę „zapewne”, bo – wybaczcie – nie znam serbskiego, mogę się więc jedynie domyślać. Na szczęście trochę znam black metal i kiedy go słyszę, potrafię stwierdzić, że to właśnie ten gatunek. Dlatego z pełnym przekonaniem informuję iż debiut Nadsvest wypełniony jest po brzegi składnikiem pierwszym. I tak – czasami melodyka niesie echa twórczości ludowej ale to zdecydowanie za mało by choć pokusić się o określanie zespołu mianem folkowo/ludowo/itp łamane przez black metal. „Kolo ognja i zeleza” to dwadzieścia sześć minut rasowego black metalu udanie nawiązującego do najlepszej dla tego gatunku dekady. Debiut międzynarodowego duetu to tylko cztery kompozycje, które swą długością wychodzą poza standardy gatunku, ale są na tyle złożone i rozbudowane, że nie nudzą ani na moment. Dużo wnoszą klawisze, użyte oszczędnie ale dodające atmosfery oraz czyste wokale. Te ostatnie, bardzo niskie, operują głównie w tle ale w kilku momentach stanowią plan pierwszy i za każdym razem swoje zadanie spełniają doskonale. Są to jednak tylko dodatki, bo trzon wszystkiego, fundament i treść to jadowity, agresywny black metal. Zagrany z polotem i werwą, epatujący szczerością i naturalnością i właśnie dlatego tak blisko mu do lat dziewięćdziesiątych a momentami nawet do osiemdziesiątych. Oczywiście dużo ma w tej kwestii do powiedzenia brzmienie – i choć nie powstydziłaby się go żadna uznana marka z tamtych lat – to jednak jest ono czymś, co można wykręcić w studio. A tej naturalności, spontaniczności i szczerości na siłę nie osiągniesz. To pokazuje, że nasz bohater Andrew ma głowę wciąż pełną świeżych pomysłów, wciąż jest w nim ten zapał i wola twórcza, choć przecież udziela się w tylu projektach. Bez dwóch zdań należy to docenić, szczególnie, że kiedy się nad tym zastanowić – chyba nie słyszałem niczego jednoznacznie złego co wyszłoby spod jego ręki. Natomiast na pewno słyszałem rzeczy bardzo dobre, takie jak Belliciste czy właśnie Nadsvest. 

Kolejny bardzo udany tegoroczny debiut. Pytanie tylko kiedy usłyszymy coś nowego pod tym szyldem bo mając tyle projektów trudno o przyzwoitą systematyczność wydawniczą każdego z nich. Ale kto wie – może Krigeist mnie zaskoczy i serbskie strachy przypomną o sobie szybciej niż się tego spodziewam? Oby. 

W tej chwili materiał dostępny jest tylko w wersji elektronicznej, ale już niedługo ukaże się na srebrnym krążku pod sztandarem Under the Sign of Garazel Productions. I to cieszy. 


Nadsvest - „Kolo ognja i zeleza”. Wydanie własne, wrzesień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz