wtorek, 3 września 2019

Relaksujące deszcze.


W tym roku bardzo pozytywnie zaskakują mnie norwescy weterani. I to tacy, którzy dla mnie nigdy nie byli pierwszą ligą. Tak było w przypadku Kampfar (o ich ostatnim albumie tutaj), tak jest w przypadku Helheim. Podobieństw sporo, bo ci ostatni również są mi znani dużo lepiej z lat dziewięćdziesiątych, doskonale pamiętam charakterystyczne logo i kasetową wersję debiutu „Jormundgand”, wreszcie – tak jak w przypadku Kampfar – straciłem ich z radaru na długie lata.

Dla mnie jest to więc powrót więcej niż udany, choć ani trochę na niego nie czekałem ani się spodziewałem. Ci co słyszeli poprzednie albumy pewnie zaskoczeni nie są, mnie czeka sporo nadrabiania, bo nie da się ukryć, że Norwegowie nie próżnowali przez te wszystkie lata. Wydany w kwietniu „Rignir” to ich dziesiąty (kiedy to wszystko się stało? - nawet brama z logo zdążyła zniknąć!) krążek a dla mnie trzeci, który przesłuchałem od deski do deski. I będę do niego wracał, bo choć nie jest to już black metal to bardzo wyraźnie daje odczuć od czego panowie zaczynali. Chyba tylko początek drugiego utworu obudził we mnie nadzieję na coś mocniejszego ale szybko została ona zgaszona. W lekki szok wprawił mnie otwierający płytę tytułowy „Rignir” bo pojawiła się obawa, że to album skrojony pod nastoletnie panny chlipiące przy późniejszej Katatonii. Na szczęście nie a i sam otwieracz to kompozycja świetna, musiałem po prostu szybko zweryfikować oczekiwania i uświadomić sobie, że to już nie 1995 rok a 2019 i to już nie ten Helheim, który pamiętam. Zadziałało, choć wspomniany już początek drugiego „Kaldr” faktycznie może ponieść w przeszłość i dać lekko fałszywą wizję dalszych minut „Rignir”. Fałszywą, bo choć jest tu jeszcze kilka ostrzejszych momentów, to generalnie jest to album bardzo spokojny, melodyjny, kontemplacyjny i relaksujący. Nie zawraca nam głowy, nie zwraca na siebie większej uwagi, po prostu przyjemnie gra. I pięknie, bo wyładowany jest ładnymi dźwiękami, melodiami i kompozycjami po same granice. A wszystko wzbogacają doskonałe wokale, co jest kolejnym podobieństwem do „Ofidians Manifest” Kampfar. Oba zespoły na tym polu zasługują na ogromne brawa. No i klimat. Choć nie ma tu black metalu, choć jest raczej spokojnie, lekko i „ku zadumie” nie brakuje tej charakterystycznej skandynawskiej atmosfery, tego cudownego pomieszania tragedii z podniosłością, tej iskry, która powoduje, że myśli automatycznie wędrują do północnych pustkowi czy majestatycznych fiordów. To trochę jak z Enslaved, bo oni też po odejściu od klasycznego black metalu potrafili nadal nieść ten niepowtarzalny klimat (przynajmniej na kilku płytach, bo teraz to już z nimi kiepsko), myślę jednak, że Helheim robi to jeszcze lepiej. Gra łagodniej, ale paradoksalnie właśnie dzięki temu pozostaje bliżej korzeni. Nie kombinuje. Bo gdyby wszystkie kompozycje z „Rignir” wzmocnić na dawną modłę, otrzymalibyśmy doskonały stricte black metalowy krążek. Ale nie mam zamiaru narzekać, że nie ma tu dawnej mocy, że panowie poszli w klimaty dużo lżejsze, bo to naprawdę brzmi doskonale. Naturalnie, szczerze i przekonująco. A przede wszystkim bardzo przyjemnie co powoduje, że choć trwa ich dziesiąty krążek prawie godzinę, nie nudzi ani na moment. Świetnie sprawdza się w podróży, bardzo dobrze akompaniuje lekturze, ale i sam w sobie jest przygodą i czasami dobrze potraktować go jako danie główne i podstawowe. Odłożyć wszystko na bok, usiąść i posłuchać co do powiedzenia mają weterani, którzy świetnie odnaleźli się w metamorfozie i ewolucji swojej muzyki i przesłania te same co kiedyś potrafią podać w nowej, atrakcyjnej formie pozostając sobą. 

Helheim - „Rignir”. Dark Essence Records, kwiecień 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz