niedziela, 22 września 2019

Kolejne otwarcie.


Czarna jesień nadchodzi. Czarna polska jesień. Zbliża się kilka ciekawych premier a ja na pierwszy ogień pozwoliłem sobie wybrać tę najbliższą memu sercu. Bo choć Sacrilegium nie świeci już tym blaskiem co w latach dziewięćdziesiątych, to dla mnie każda ich premiera oznacza przyspieszone bicie serca. I nie mam zamiaru kryć, że jest to zasługa jednego, ponadczasowego albumu, który z moją psychiką zrobił to co Amerykanie z Hiroszimą, nie zmienia to jednak niczego. Wiem, że taki album już się nie powtórzy, jestem też już trochę bardziej krytyczny wobec twórczości zespołu, zawsze jednak będę darzył go ogromnym szacunkiem.

Zespół istnieje od 1993 roku a ja wciąż mam wrażenie, że szuka swej tożsamości. „Ritus Transitorius”, którego premiera jutro, raczej utwierdza mnie w tym przekonaniu niż daje jednoznaczną odpowiedź. Dotyczy to nie tylko muzyki bo może nawet bardziej warstwy lirycznej, przesłania i myśli przewodniej. Po doskonałym „Wichrze”, gdy można było odnieść wrażenie, że to jest ta estetyka w której Sacrilegium czuje się najlepiej, przyszły problemy i zawirowania oraz długi czas milczenia. Wydana w 2016 roku powrotna płyta „Anima Lucifera” sadowiła zespół w innych rejonach czarnej sztuki ale przecież nie był to pierwszy zwrot w jego historii. Oni ciągle się miotali, ciągle szukali, co nie zawsze kończyło się bardzo dobrze, nigdy jednak bardzo źle. Dziś sytuacja pozornie wydaje się stabilniejsza. Suclagus oficjalnie przejął stery (bo jak sam zaznacza trzymał je zawsze tylko nie był na pierwszym planie) i kieruje zespół w dobrym kierunku. Czy jednak będzie to kierunek stały pokaże kolejne wydawnictwo, ale jeśli „Ritus Transitorius” ma być w jakimś sensie nowym otwarciem, to jest to otwarcie udane. Nie mam wątpliwości, że to album lepszy od poprzednika, do którego przekonywałem się długo, bo czuć tu starego ducha zespołu, tę ich pasję z lat dziewięćdziesiątych, ogień i zapał. Znajdziemy tu zresztą przedstawiciela tamtego Sacrilegium pod postacią „Zapomnianej Potęgi”, która pierwotnie ukazała się na demie „Recidivus” wydanym w 1998 roku. Cieszy mnie to, bo bardzo lubię ten niedoceniony materiał. Dzisiejsza wersja jest oczywiście odświeżona, dostała nowy aranż i trwa o minutę krócej, ale nie straciła niczego ze swej siły i autentyczności. Zaskakująco dobrze wkomponowała się w nowy materiał i jest to właśnie jeden z dowodów na to, że zespół wraz z nowym krążkiem niesie nam ducha swej przeszłości. Znajomo brzmi też tytuł trzeciego na płycie „Ritual”, który pochodzi z wydanej w 2017 roku epki. Bardzo dobry utwór i kiedy usłyszałem go pierwszy raz, liczyłem, że takie będzie nowe Sacrilegium. I w jakimś stopniu to właśnie dostałem. Nie do końca, bo są tu rzeczy, które mi się nie podobają czy są po prostu poniżej poziomu innych, ale podchodzę do tego z dystansem i spokojem – nie od razu Kraków zbudowano. Poza wspomnianymi już kompozycjami trzeci długograj zespołu to sześć nowych numerów, z których bardzo pozytywnie wyróżnia się „Królestwo Cienia” ze świetnym motywem otwierającym. Tutaj chyba najlepiej czuć stare Sacrilegium i jest to dla mnie znak, że zespół definitywnie ma przed sobą przyszłość. Właściwie z tych nowych utworów nie trafia do mnie jedynie otwierająca album „Inicjacja”, bo po pierwsze średnio pasuje do reszty, po drugie jest najzwyczajniej w świecie bardzo przeciętna. Na szczęście potem jest już tylko lepiej i jedyną rzeczą, która trochę działa mi na nerwy jest brzmienie perkusji. Dla mnie zbyt mechaniczne, zbyt nowoczesne, ale tu wiadomo – co kto lubi. Ja po prostu jestem zwolennikiem wiaderka a nie wzorowo naciągniętych membran. Jest to jednak rzecz nie psująca mi przyjemności obcowania z tym materiałem na tyle, by przestać. Bo choć nie jest to krążek wybitny to na pewno bardzo solidny, mający swoje momenty wielkie, mający momenty gorsze, ale bilans wychodzi dodatni. W kontekście przyszłości warto popracować nad spójnością materiału, by był równiejszy, by trzymał słuchacza w szachu przez całe czterdzieści minut. I choć bardzo lubię stare kompozycje to może jednak czas porzucić zwyczaj wykorzystywania ich na kolejnych albumach i skupić się na budowaniu nowego, spójnego wizerunku zespołu. 

Nie mam zamiaru narzekać. Sacrilegium po raz kolejny odradza się w nowych okolicznościach i po raz kolejny wychodzi z tego obronną ręką. Chciałbym tylko by kierunek obrany na „Ritus Transitorius” (swoją drogą bardzo celny tytuł) pozostał drogą zespołu na najbliższe lata bo jeśli tak się stanie to jestem pewien, że niejeden świetny utwór usłyszymy pod tym legendarnym szyldem. 


Sacrilegium - „Ritus Transitorius”. Werewolf Promotion, wrzesień 2019.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz