czwartek, 19 września 2019

Bez wymówek.


Kilka razy zastanawiałem się co bym napisał o albumach takich jak „Exercises in Futility” czy „With Hearts Toward None”. Bo przecież nie można by ich pominąć. Na szczęście gdy one się ukazywały nie pisałem o muzyce, także te rozważania i dywagacje pozostaną tylko i wyłącznie rozważaniami. Ale oto mamy 2019 rok i przyszła kryska na matyska. Mgła wydaje „Age of Excuse”, ja na swoje nieszczęście piszę o muzyce i nie wykpię się rozważaniami (a tak bym chciał, bo naprawdę boję się pisać o tej płycie). Nawet przed samym sobą. Bo przecież tego albumu pominąć nie można. Ale co napisać o płycie, o której wszystko już napisano a każdy ją słyszał? Może lepiej poszukać wymówek, w końcu takie mamy czasy?

Pewnie mógłbym, bo – jak twierdzą niektórzy – żyjemy w „Age of Excuse”. Wiem jednak doskonale, że tytuł ten nie ma służyć wychwalaniu takiego a nie innego stanu rzeczy, nie ma zachęcać do ucieczki, ma raczej wzbudzić refleksję, może nawet dyskusję a na pewno wewnętrzny rachunek sumienia czy choćby głębszą analizę własnej postawy, czy po prostu zilustrować parszywą rzeczywistość (tak, wiem, jestem niebezpiecznie blisko poziomu niedzielnego kazania). Teksty w twórczości Mgły zawsze były jej istotną częścią (warto zwrócić uwagę na fakt, że daleko wykraczają poza przyjętą w black metalu stylistykę i tematykę) i bez wątpienia także tym razem warto zagłębić się w warstwę liryczną wszystkich sześciu kompozycji składających się na czwarty album krakowian. Sporo już padło na ich temat słów, poważnych bardziej i mniej, czy wręcz niepoważnych, nie będę tu więc analizował każdego wersu i silił się na „co artysta miał na myśli”, bo zawsze wychodziłem z założenia, że odbiór treści pisanych niosących przesłanie to kwestia indywidualna i osobista. Nie mam też zamiaru wyszukiwać inspiracji twórcy i źródeł z jakich korzystał bo po pierwsze nie dyskutowałem z nim o tym, po drugie jestem pewnie za cienki w uszach. Wiem natomiast, że znajdziecie tu co najmniej kilka mocnych wersów nad którymi warto się zastanowić i które mogłyby służyć za prawdy uniwersalne, bez względu na czas i okoliczności. Tymi słowami zakończę pastwienie się nad samym sobą i własnymi ograniczeniami i w myśl słów „what has to be done, has to be done” płynnie przejdę do drugiej warstwy płyty, dla wielu najważniejszej, to jest muzyki. 

Balon napompowany był mocno. Oczekiwania ogromne. Trudno, by po płytach takich jak „With Hearts…” i „Exercises in Futility” było inaczej. Oczekiwania i nadzieje podsycał fakt długiej przerwy wydawniczej (4 lata!) oraz ogromny wzrost popularności zespołu. Różne były teorie: pójdą jeszcze bardziej w melodię, to chwyta. Zostaną przy swoim bo przecież to przyniosło sukces. Ee tam, polecą w eksperymenty, teraz to popularne. I pewnie jeszcze ze trzydzieści innych teorii i scenariuszy można by wśród fanów znaleźć. Większość z nich rozpadła się gdy usłyszeliśmy promujący album „Age of Excuse II”, resztą zajął się już cały krążek. Bo niby tak, panowie zostali przy swoim, ale zarazem uraczyli nas płytą dużo bardziej pesymistyczną od dwóch wyżej wspomnianych. Jeśli ktoś liczył na zbiór hitów i uniesień cechujących „Exercises…” to się przeliczył. Nie odmawiam nowej płycie pewnej dawki przebojowości i chwytliwości, ale poziom to zupełnie inny. Tu nawet jeśli coś jest „ładnego” to wieje grozą i przygnębieniem a momenty uniesień to nie euforia zwycięstwa a rozpacz porażki. Tragedii, klęski i nieuchronnego losu. Nie wiem, może trochę przesadzam, ale dla mnie ten album epatuje właśnie tą nieuchronnością, tym przeświadczeniem, że tak – co ma być to będzie, co ma się stać to się stanie – ale koniec nie będzie dobry. W żadnym ze scenariuszy. I tu odczuwam tę znaczącą różnicę w stosunku do poprzednich dwóch wspaniałych krążków. Tam były chwile gdy mogłem góry przenosić, gdy szkliły się oczy i brakowało tchu. Tu już broń złożona, gór nie ma a jeśli brakuje tchu to tylko dlatego, że umarła już nadzieja. Ale Mgła i takie uczucia i stany potrafi oprawić w muzykę niezwykle interesującą i zajmującą. Każda kompozycja ma swoje momenty wielkie i w pierwszej chwili trudno wyodrębnić utwory lepsze od reszty. Po jakimś czasie to się oczywiście udaje i człowiek zyskuje swoich faworytów (dla mnie to II i V, ale jutro może być III i VI) z którymi zostaje lub nie, bo w przypadku tak wyrównanych albumów to może się zmieniać. Zmierzam do tego, że to jest właśnie niesamowicie równy krążek. Z tej wielkiej trójcy bezwzględnie najrówniejszy. Drugiego dnia po premierze (albo pierwszego? - nie pamiętam) napisałem, że nie ma tu hitów. Błąd. Tu jest sześć hitów, tylko z trochę innego świata niż hity na poprzednich wydawnictwach. No i cały album jest dzięki temu hitem. Mgła pozostała w swoim świecie w sposób perfekcyjny. Nie powtórzyła dzieła sprzed czterech lat, nie siliła się też na wycieczki w obszary jej obce. Stworzyła płytę wyrastającą z dwóch poprzednich a zarazem inną, choć bardzo podobną. Mroczniejszą, bardziej pesymistyczną, moim zdaniem mocniejszą i mniej okrzesaną. Ale to właśnie pozwoliło jej pozostać szczerą i naturalną, przekonującą i dowieść, że w tym jej światku muzycznym jest jeszcze sporo miejsca manewru. Że są ścieżki, którymi wciąż nie kroczyła i które należy światu zaprezentować, bo są tego warte. I bardzo dobrze, bo przecież „at the end of the day it’s the same old script: do you believe in victory or do you hail defeat”. Audaces fortuna iuvat. 

Każdego ranka od dnia premiery jadąc do pracy słucham tej płyty. Każdego odkrywam w niej coś nowego. Każdego nie potrafię zanucić tylu fragmentów co po pięciu przesłuchaniach „Exercises...”. I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy, bo choć kocham poprzedni krążek to czekałem na coś mniej oczywistego, trudniejszego w odbiorze a dzięki temu dającego więcej radości z odkrywania, więcej chwil tylko moich, które odnajdę tylko ja i które na zawsze pozostaną naszą tajemnicą. Ta więź zrodziła się we wrześniowe, chłodne już poranki, ale potrwa jeszcze długo. Bo takie albumy nie ukazują się co tydzień, bo dla takich albumów warto czekać cztery lata, warto zarywać noce i drżeć ze strachu, że trzeba będzie coś o nich napisać. A napisać trzeba, choć nie dlatego, że wypada, bo każdy zna (mam właśnie ogromną nadzieję, że nie każdy, że ten zespół pozostanie sobą, że nie zniszczy go popularność), bo popularne, bo lubiane itp. Nie, po prostu – o albumach wielkich się pisze i kropka. Albumów wielkich się słucha i o nich czyta i albumy wielkie oprawia się w wielkie okładki – brawa dla Zbyszka Bielaka za świetny obraz zdobiący front „Age of Excuse”. A dla zespołu za konsekwencję w ascetyzmie samego wydania. Robi to robotę i buduje szacunek. 

Nie daję już ocen, ale wiadomo jaka by była. Perfekcja. 

p.s. Byłbym zapomniał, a zapomnieć nie można. Nie wiem co Darkside jada na śniadanie ale ja też chcę to jadać. A przynajmniej robić z talerzami to co on, bo w tej chwili to mogę je jedynie zmywać. Ten człowiek black metalową perkusję wynosi na nieznany do tej pory poziom. 

(ta recenzja w pierwotnym zamyśle miała być przyczynkiem do dłuższego tekstu na temat ogromnego wzrostu popularności zespołu i zagrożeń za tym idących, ale ze względu na jej długość, zostawię to sobie na inny czas)

Mgła - „Age of Excuse”. Northern Heritage / No Solace, wrzesień 2019.






2 komentarze: