wtorek, 2 lipca 2019

The Fall.


Owls Woods Graves, Medico Peste, Over The Voids..., Ashes, Mgła. Michał, znany jako The Fall ma sporo muzycznych oblicz. Nie ukrywam, że pretekstem do tej rozmowy było pierwsze z nich (gdyż fanem jestem wielkim) ale poruszyliśmy także kwestie pozostałych. Michał okazał się rozmówcą wylewnym i elokwentnym i pewnie moglibyśmy tak sobie jeszcze dyskutować, pytanie tylko ilu z Was dobrnęłoby do końca. Ale i tak przed Wami soczysty kawał lektury.





PP: Dzień dobry! Czy diabeł mieszka w lesie? 

TF: Diabeł mieszka tam, gdzie kończy się zbudowana przez człowieka droga, gdzie nie ma już znaków, latarń, gdzie panuje topograficzna próżnia, niepewność celu i wszechobecny labirynt. Myślę, że ciemny las to świetne miejsce dla Diabła, ale znajdziemy go równie dobrze w zapomnianych zakątkach miasta. Diabeł mieszka w różnych miejscach, ale zawsze tam, gdzie człowiek jest w stanie go ujrzeć. 

Bez wątpienia mieszka na wydawnictwach Owls Woods Graves, choć tam właśnie otacza go las. Skąd sam koncept i pomysł na taki a nie inny projekt? 

Myślę, że zespoły można trochę podzielić na dwa typy. Jedne powstają mając tylko rozmyty azymut - po prostu grajmy, albo grajmy w takim gatunku, albo grajmy ciężko, albo grajmy tak jak X. To zespoły mające dużą giętkość, dużą możliwość zmiany, ewolucji, przepoczwarzania się. Drugie to zespoły o niskiej elastyczności, zespoły "produkty". Takie, które powstają w wyniku pewnych bardzo ścisłych ram estetyki i gatunku. One powstają właśnie na podstawie konceptu. Mi zdecydowanie bardziej podoba się ta pierwsza droga. Mieliśmy z evt jedynie blady szkic horyzontu gdzie zmierzamy, a samo granie, robienie kawałków i pisanie tekstów kształtowało naszą muzykę. Dlatego wracając do Twojego pytania - mieliśmy jakieś swoje dyrektywy i sporo spontaniczności, ale nie było konceptu, koncept zrobił się sam wraz z powstawaniem kawałków. 

No właśnie - zrobił się sam - bo przecież jest wyraźnie zauważalny i oba wydawnictwa, choć oddalone od siebie mocno w czasie, prezentują spójny obraz i wizję. Można więc stwierdzić, że to debiutancki materiał wyznaczył drogę Sowom? 

Tak, na tamtym etapie coś już się uwarzyło w tym kotle. Dla mnie wtedy ten zespół to było trochę poszukiwanie jakiegoś brakującego ogniwa miedzy GBH a jedynką Bathory, czegoś co byłoby gradientem między hardcore punkiem, a wczesnym black metalem. Piotr ciągnął to bardziej w stronę crustu i leśnych, szwedzko brzmiących riffów. A to co z tego wynikło spodobało nam się obu, i zaczęliśmy zamiast ciągnąć muzykę w naszą stronę, to iść za nią. 

Dodam, że wtedy tworzyliśmy bardzo spontanicznie. Na jednej próbie robiliśmy jeden kawałek i potem nie grzebaliśmy w nim ani chwili dłużej. Właśnie po to, żeby to nie było zbyt przemyślane, zbyt wykalkulowane. Dwie godziny i nara - nagrywamy tak jak jest. 

Zdążyłeś już poruszyć inspiracje muzyczne ale jeszcze chwilę chciałbym pozostać przy zawartości lirycznej i graficznej. Czy diabeł w przyszłości pozostanie w lesie czy może dacie mu poszaleć w zapuszczonych zakamarkach Krakowa? 

Tego jeszcze nie wiem. Podobnie jak z muzyką będzie to spontaniczne i mało kontrolowane działanie.Otoczone drucianą siatką zakamarki Podgórza czy nie odwiedzane od lat kazimierskie strychy to bardzo podatny grunt na to, żeby kiełkowały na nim teksty Owls Woods Graves. 

Wspomniałeś o poszukiwaniu ogniwa łączącego GBH i jedynkę Bathory. Nie masz wrażenia że częściej bliżej Wam do tych pierwszych? Czy zastanawialiście się jaki będzie odbiór tak mocno przesiąkniętego punkiem materiału przez środowisko metalowe? Były jakieś obawy czy kompletnie nie zawracaliście tym sobie głowy? 

Nie wiem do kogo nam bliżej, nie wiem czy w ogóle ten materiał ma jakieś widoczne punkty styku między Bathory i GBH. Pewnie bardziej próbowaliśmy iść w stronę punka(czy w jednym kawałku nawet w klimaty oi! czy 77), ale nasz metalowy background trzymał nas mocno za nogi i nie pozwalał się oddalić zbyt daleko. Ja nie próbuję tego tak mocno analizować, bo jak zacznę tak pod lupą patrzeć na swoją muzykę, sprawdzać co bierze się skąd i czemu tam się wzięło i jaki album kiedyś przesłuchany sprawił, że tu i tu jest taki riff to po prostu okurwieję i stracę rozum. Podczas grania i słuchania swoich rzeczy wyłączenie niektórych analitycznych części mózgu to podstawa. A może to nie dotyczy tylko swojej muzyki, tylko w ogóle słuchania muzyki? 

Tu Cię rozumiem, bo sam nie jestem fanem analizowania sztuki. To nie matematyka. No ale jednak ten punk jest bardzo u Was słyszalny trudno więc o tym nie wspomnieć, szczególnie że wyróżnia to Owls na scenie. Ta konwencja muzyczna zostanie z Wami na dłużej czy będziecie szli na żywioł? 

Może inaczej - ja cały czas analizuję, rozbieram na czynniki pierwsze, szukam analogii. Jak słucham kawałka od razu w głowie widzę ścieżkę basu jaka w nim jest, jakie rytmy, jakie skale, z czym mi się kojarzą, czego potencjalnie słuchają ci ludzie, skąd wzięli ten patent, ,a skąd taką konstrukcję refrenu. To jest coś co automatycznie włącza mi się w głowie, ale staram się z tym walczyć bo straszliwie psuje mi to odbiór i czystą przyjemność słuchania muzyki.

To, że w Owls jest element punka jest i będzie nieodzowne. To jest coś co zaszczepiliśmy w DNA zespołu. Ten punk może być agresywnym wyziewem a la Exploited, może mieć elementy crustu, może zahaczać o 77, może być nawet zimny jak wczesne Joy Division, ale zawsze gdzieś tam będzie. Będziemy cały czas szli na żywioł i zobaczymy na jakie bagno tak zadryfujemy, ale punkowy brud i wściekłość w jakiejś formie będzie u nas zawsze. 

Ta wściekłość i energia dobrze sprawdziłyby się na żywo. Bierzecie pod uwagę wyjście z Sowami na sale koncertowe? 

Jasne, że tak. Cały czas myślę o tym i zastanawiam się od której strony to ugryźć. Niestety zapierdol z innymi projektami cały czas to blokuje. Mam nadzieje, że uda się kiedyś zrobić małą trasę koncertową przez kilka polskich spelun. Na ciągłą aktywność koncertową niestety nie ma co liczyć. 

Skoro już przy graniu na żywo jesteśmy. Wspomagasz na trasach Mgłę, która jak wiemy stała się zespołem mocno popularnym pomimo tego wciąż postrzegana jest jako część podziemia. Co Twoim zdaniem zdecydowało o sukcesie Mgły osiągniętym bez robienia wokół siebie niepotrzebnego rozgłosu w mediach? I idąc dalej - czy dla Ciebie jako twórcy sukces za każdą cenę jest pożądany? 

Dołączyłem do Mgły jeszcze w 2011 roku i od razu zaczęliśmy grać próby szykując się do pierwszych koncertów. No i zanim zagraliśmy pierwszy koncert zagraliśmy tych prób jakieś 50. To powinno częściowo odpowiedzieć na Twoje pytanie. Mgła to w dużej mierze praca i dyscyplina, to jest zrobienie stu riffów, ,z których na płytę wejdzie jeden, to tłuczenie prób, aż każdy z nas będzie w stanie zagrać materiał obudzony o 3 w nocy. A przy całej tej niemalże fizycznie ciężkiej pracy, to coś co cały czas nie traci ducha, a jest na duchu skupione. Mało znam ludzi tak skupionych i zdeterminowanych jeśli chodzi o swoją muzykę jak Mikołaj i Maciek. Tylko oni są przede wszystkim skupieni na muzyce, na jej jakości, na tym czy oni sami by jej słuchali, a nie skupieni na tym , ze ta muzyka ma gdzieś trafić i coś osiągnąć. Mgła to dobra muzyka, która stoi na uboczu, w momencie, kiedy każdy swoją nutę próbuje promować na siłę i wepchnąć innym do gardła. A tu zasada prosta - chcesz to słuchaj, nie chcesz to nara. To też ważny element.

Jeśli chodzi o mnie to dla mnie sukcesem jest jeśli mogę grać koncerty, ktoś wydaje moje materiały i ktoś ich słucha. Dla mnie cele muzyki są dwa - pierwszy to cel terapeutyczny, bo grając po prostu potrzebuję coś z siebie wyrzucić. Drugi to rodzaj kontaktu ze słuchaczem. Często słucham czyjejś muzyki i mam uczucie prawie intymnego kontaktu z twórcami, jakiejś cichej rozmowy, którą da się przeprowadzić tylko jednostronnie i tylko przez medium muzyki. I wtedy sobie myślę, ze chciałbym żeby moja muzyka działała w drugą stronę. Żeby ktoś słuchając jej sam w domu miał wrażenie, że opowiadam tej osobie abstrakcyjną, wyjętą z trzewi duszy historię, której nie da się opowiedzieć inaczej niż przez muzykę. Sukcesy muzyczne cieszą, fajnie jest, że zainteresuje się Tobą duża wytwórnia, albo zagrasz na dużej scenie, ale jeśli to jest Twój główny cel, i Twoja muzyka rodzi się z takich pobudek to bankowo grasz gówno. 

Taką historią - bardzo plastyczną zresztą - jest bez wątpienia twórczość OWG. Masz jednak projekt który w moim odczuciu jest jeszcze lepszym zilustrowaniem tej "rozmowy" pomiędzy słuchaczem a twórcą. Mam na myśli Over The Voids… . Tu jesteś twórcą wszystkiego, jest to też muzyka bardziej refleksyjna. Nie odkryję Ameryki jeśli powiem że oddajesz nim hołd klasyce drugiej fali norweskiego black metalu? 

Tak, OtV jeszcze bardziej zbliża się do takiej narratywności. I tak - jak najbardziej jest to hołd dla moich ulubionych, głównie norweskich kapel z - powiedzmy - środka i drugiej połowy lat 90. Jest taki moment w życiu człowieka, zazwyczaj kiedy jesteś nastolatkiem, kiedy Twoje uszy i serce są bardzo otwarte na muzykę, i to co wtedy tam wpadnie, zostanie już raczej na zawsze. To jest taki ważny moment kiedy poznajesz świat, wchodzisz w dorosłość i to co jest dla Ciebie soundtrackiem tamtego czasu, już będzie soundtrackiem do końca. OtV to właśnie mój soundtrack dojrzewania. 

W moim przypadku też tamte zespoły i płyty pełniły taką rolę więc doskonale rozumiem. Debiut to materiał który swoją intensywnością mocno kojarzy się z „Transylvanian Hunger”. Wiem jednak że uwielbiasz też takie albumy jak „Shadowthrone” czy „Bergtatt”. Czy w przyszłości OtV zaczerpnie więcej z tych dwóch ostatnich? Kiedy w ogóle możemy spodziewać się czegoś nowego? 

Nowy album jest już właściwie nagrany w postaci domowej demówki, ale jeszcze trochę zajmie zanim nagram go w słuchalnej wersji w studiu. Niestety kiedy wszystkie instrumenty, teksty i koncept graficzny robisz sam to wykończenie tego trwa dużo dłużej, a nie chce się zdawać na automat perkusyjny bo wiem, że zabije to trochę ducha muzyki. Nowy album powstaje na skutek tych samych inspiracji, ale będzie nieco inny. Wydaje mi się trochę żywszy, bardziej dynamiczny i dramatyczny, ale utrzymany w tym samym zimowym i nihilistycznym duchu co debiut. 

Po słowach "trochę żywszy, bardziej dynamiczny" uśmiechnąłem się pod nosem i pomyślałem "taa akurat". Wiesz, nie wiem czy słuchałeś debiutu, on jest bardzo żywy i dynamiczny ;) Czyżbyś celował w drugie „Battles in the North”? ;) 

Chyba po prostu miałem na myśli, że będzie się tam trochę więcej działo, a nie, że blasty będą szybsze i będzie większy napierdol. A co do tych trzech albumów co wymieniłeś to wszystkie są dla mnie ogromnymi inspiracjami, ale oczywiście „Bergtatt” największą. 

A jak zareagowałeś na czwarty album Ulver? Dla mnie, po „Nattens Madrigal” to był szok. I stał się przyczyną mojego z Norwegami rozwodu na długi czas. Jak Ty widzisz ich twórczość po trzech pierwszych płytach? 

Kiedy zaczynałem słuchać Ulver to była dla mnie już zastana sytuacja. „Themes...” już wyszło i było częścią Ulver, jakie poznawałem. Bardzo lubię tę płytę, lubię ją bo jest gdzieś na przecięciu radiowego słuchowiska i ażurowo skonstruowanej ilustracji muzycznej przecinającej cały wachlarz gatunków muzycznych. Lubię też pobrzmiewające w niej echa Coil. Bardzo lubię serię EPek, które wyszły potem i „Perdition City”. Dzięki tej płycie spaceruję sobie w głowie po zimowym Oslo, we wczesnych latach 2000. Ostatnią płytę Ulver, która mi się podoba (i podoba mi się bardzo) jest „Shadows of the Sun” i do momentu wyjścia tej płyty zawsze powtarzałem, że jest to od początku istnienia mój ulubiony zespół. Absolutnie genialna tkanina melancholii i dojrzałego spokoju, lubię na niej każdy dźwięk i każdy kawałek. Niestety po tym albumie nie podoba mi się już absolutnie nic. Nie wiem ile już minęło od premiery tej najnowszej płyty, ale nawet jej nie posłuchałem. Nie mam za grosz motywacji, żeby to puścić. Po prostu mi się nie chce. „Assassination...” to ostatnia z którą się zaznajomiłem i żałuję każdej sekundy, słuchanie jej po prostu sprawiło mi przykrość. Miałem uczucie, że Ulver mnie zdradził jak Brutus Cezara, niegdyś ulubiony zespół wbił mi sztylet zawodu i przykrości w plery. Właśnie zdałem sobie sprawę, ze to już 14 lat minęło, jak nic co wydał Ulver kompletnie mi się nie podoba. 

Przyznam że ja „Assassination...” uwielbiam. Natomiast historia z poczuciem zdrady jest dość powszechna i tutaj przykłady można mnożyć. Ale znowu - czy z drugiej strony, doceniając wcześniej tak bardzo Ulver, nie potrafisz im wybaczyć biorąc pod uwagę jaki to eklektyczny zespół? Czy nie jest tak że twórca ma prawo do wszystkiego nawet jeśli może spotkać się z ostracyzmem? A może lepiej tworzyć bezpiecznie, w stylu takim jaki się sprawdził? 

Wiesz, muzyka nie jest tylko dla słuchacza, jest przede wszystkim dla muzyka. Niech Ulver gra to co co chce i to co ich cieszy. Mi nic do tego, a to, że ich nowe rzeczy kompletnie mi się nie podobają to już moje zmartwienie. Mam czego słuchać więc jakoś sobie poradzę. 

Ok. Wróćmy do Twojej działalności. Poza OWG i OtV maczałeś też palce w bardzo udanym debiucie Ashes. Jaki był Twój udział? 

Nieduży. Nagrałem perkusję i pomogłem w paru około zespołowych sprawach typu logo. Muzycznie to projekt Nefara, gitarzysty Medico Peste. 

Wywołałeś Medico Peste i musimy zatrzymać się przy nim na dłuższą chwilę. Pytanie które nurtuje wielu - kiedy nowe wydawnictwo pod tym szyldem? 

Bardzo niedługo. 

„Herzogian Darkness” był materiałem przynajmniej dla mnie dość zaskakującym. Czy i tym razem będzie to rzecz nieoczywista? Czego możemy się spodziewać? 

Nie chcę mówić wiele o tym materiale. Jedyne co mogę powiedzieć, to że idzie bardziej w kierunku wyznaczonym przez ostatnią EPkę niż debiutancki album. 

Nie ma sprawy, prędzej czy później poznamy odpowiedź słuchając. Istniejecie już długo jednak dorobek wydawniczy nie jest bardzo okazały. Jakie są tego przyczyny? 

Po pierwsze to była sprawa charakterów, bardzo dużo się kłóciliśmy i to w pewnym momencie prawie każdy z każdym, mieliśmy wyjątkowo dużo spin między sobą, ale też każdy chciał cały czas to ciągnąć, więc staraliśmy się łagodzić i wyjaśniać wszystkie sytuacje twarzą w twarz. Druga sprawa to Silencer, który zainicjował ten zespół, poznał nas wszystkich ze sobą i był głównym spoiwem Medico Peste - mieszkał w UK przez kilka lat, i przez ten czas właściwie mieliśmy przerwę. Teraz jest już na stałe w Polsce, udało nam się przez ostatnie lata nagrać EP, zagrać kilka koncertów, na nowo rozbudzić chęć do walki i teraz jesteśmy w lepszej kondycji niż kiedykolwiek. 

To cieszy. Z drugiej strony takie tarcia charakterów mogą przynosić pozytywne efekty twórcze. Jak to jest z Tobą? Jesteś bardziej graczem zespołowym czy wolisz wszystko robić sam? 

Bardzo ciężko jest mi odpowiedzieć. Obie opcje są chujowe. Najlepiej nie grać w ogóle. Kiedy gram sam czuję się przytłoczony nadmiarem rzeczy, o których muszę pamiętać i sytuacjami, w których jestem jedynym punktem decyzyjnym. Kiedy gram z ludźmi - ciągle mnie ktoś wkurwia, czasem swoim lenistwem i nieogarem, czasem tym, że demokratycznie podejmowane są różne chujowe decyzje. Myślę, że ja sam jestem też ciężki we współpracy w zespole, ale staram się jak mogę. Najlepszą opcją jest grać z ludźmi, z którymi jesteś w stanie się uzupełnić i sensownie podzielić obowiązkami - niestety znalezienie takich ludzi jest bardzo trudne. 

Rozumiem. To dla odmiany będzie łatwiej - projekty i zespoły w których grasz dają szerokie spectrum muzyczne. Ale czy jest jeszcze jakiś muzyczny obszar który jest Ci bliski i chciałbyś się w nim zrealizować? 

Ja mam straszliwe muzyczne adhd i chciałbym grać wszystko i dziennie mam 10 pomysłów na nowe projekty. Tyle, że są to pomysły papierowe, które dość szybko porzucam. Mam pełne szuflady szkiców i pomysłów w bardzo różnych gatunkach muzycznych, kwestia w pewnym momencie podjęcia decyzji, ruszenia dupy i zainwestowania swojego czasu i uwagi, na któreś z nich. Na pewno od lat chodzi za mną granie w okolicach neofolkowych i niedługo zrobię coś w tym kierunku. Nieproporcjonalnie dużo słucham bardzo spokojnej muzyki, w porównaniu z tym jak mało jej gram. Może to kwestia charakteru, może zdolności, ale kiedyś chciałbym to chociaż odrobinę wyrównać. 

Życzę by się udało. Powoli zbliżamy się do końca ale muszę jeszcze wrócić do OWG bo dla mnie to fenomen. Czy pana Zapasiewicza starczy na kolejne początki i końce? 

Zapasiewicz to trochę magiczna sprawa. On nie był celowy ani za pierwszym, ani za drugim razem. Za każdym razem wkradał się przypadkiem, najpierw znajdowałem te fragmenty, a dopiero potem zdawałem sobie sprawę, że to Zapasiewicz. Lubię stare audiobooki i słuchowiska radiowe, często szperam po internecie szukając czegoś w tym klimacie, zanim sprawdziłem kto czyta „Koniec Półświni” już wiedziałem, że chcę tego użyć. Teraz znam już dobrze jego głos, więc poznam go. Ale skoro jego duch dwukrotnie wkradł się tylnymi drzwiami szukając mnie, to może ja teraz powinienem zacząć go szukać? 

Wg mnie sprawdził się doskonale. OWG bez Zbigniewa byłoby prawie jak bez bagien i diabła. Żadnych znamion duszy - hasło chwytliwe, zrobiło furorę. Ale co tak naprawdę dla Ciebie ono znaczy? 

Oznacza dla mnie pewien stan , w którym często się znajduje. Uczucie bycia zdehumanizowanym posągiem ludzkim, w którego środku wieje tylko wiatr. Jeśli wczytasz się w książkę Schulza to jest tam bardzo dużo dysputy na temat tego gdzie się zaczyna, a gdzie kończy życie. W którym momencie jeszcze jesteś żywy, w którym zaczynasz być martwy. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna manekin? W którym momencie pozbywa się życia i świadomości? Gdzie kończy się animacja, a zaczyna życie? To temat, który bardzo mnie interesuje, zwłaszcza, że jeśli będziesz szukał początków życia na ziemi i przebijesz się przez sferę biologii i mikroskopijnych praorganizmów (co już dla niektórych jest zbyt abstrakcyjne żeby porównywać je z życiem ludzkim) to musisz dojść do momentu, kiedy one powstały. Dojdziesz wtedy do geologii i chemii, do skał i kryształów, złożonych z pozornie martwych pierwiastków, które poruszają się i rosną, ale w skali setek lat, które mają pewne pozory życia. Ale wygląda na to, że to właśnie tam gdzieś istnieje ognisko życia, jakie my znamy i jakiego jesteśmy potomkami. Jakiekolwiek drążenie w tym temacie mnie zawsze doprowadza do zastanawiania się jak bardzo wiele życia i duszy jest we mnie i jakie są w nas proporcje między tym co martwe, a tym co żywe. 

Ale czy to nie jest tak że żyjemy dopóki czujemy? A skoro tworzymy to czujemy? Chyba że przez to co tworzymy chcemy wyrazić pustkę i wewnętrzną śmierć? 

To by oznaczało, że ludzie, którzy dostają znieczulenie ogólne - przestają żyć, a tak nie jest bo ciągłość życia nie jest przerwana. Dużo jest takich uproszczonych definicji życia - zazwyczaj dotyczących przemiany materii, ale chyba żadna nie działa w pełni. Tak samo jak moim zdaniem nie działa absolutnie żadna definicja, która by miała odróżnić życie ludzkie od zwierząt, wszystkie różnice są ilościowe, a nie jakościowe, a teorie, które dają nam ludziom coś więcej niż faunie zieją aroganckim, narcystycznym antropocentryzmem. 

Ale czekaj, czy w takim razie dojdziemy do wniosku że zwierzęta mają takie same moce twórcze jak ludzie? Bo tak można by odczytać Twoje słowa? 

Dużo zwierząt posługuje się narzędziami i pojęciami abstrakcyjnymi, więc mają potencjał do bycia twórczymi na pewnym poziomie ewolucji. Mają takie zdolności jakie trzeba, ale jeszcze nie wykształcone tak jak trzeba. Małpa nauczona podstawowego zakresu słów, zapytana o śmierć innej małpy ze swojego stada użyje do opisu metafory, powie że odeszła do ciemnej jaskini. Dlatego powiedziałem, ze różnice między nami są ilościowe, a nie jakościowe - to te same zdolności, ale na różnym etapie rozwoju. 

Ok. Rozumiemy się. Pewnie moglibyśmy tak sobie jeszcze dyskutować ale to już może zostawimy na grunt prywatny ;) Dziękuję Michał za świetną rozmowę. Czy chcesz coś dodać na koniec? 

To chyba już koniec.





Garść recenzji materiałów stworzonych przez Michała:

Owls Woods Graves:


Over The Voids:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz