czwartek, 11 lipca 2019

Od Marengo po Świętą Helenę.


„Antichrist Rise To Power” to album, który nam Polakom winien być szczególnie bliski, bo przecież śpiewamy w hymnie narodowym „...dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy...”. Niski wzrostem lecz wielki wolą cesarz Francuzów do dziś potrafi inspirować, czego dowodem jest pierwszy pełniak kanadyjsko-amerykańskiego Departure Chandelier. Jest to płyta niezwykła, jeden z tych albumów które zwracają na siebie uwagę nie tylko muzyką. Można rzec, że muzyka – choć bardzo dobra – jest tu zdecydowanie na drugim planie.

Bo jak nie zwrócić uwagi na tę zastanawiającą okładkę? Oto Napoleon leżący - w pełnej gali - z krzyżem na piersi, najprawdopodobniej nieżyjący. W zestawieniu z tytułem, w którym antychryst dochodzi do władzy, z tym wielkim krzyżem na ciele cesarza, wygląda to dość frapująco. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy dociera do nas informacja, że to Napoleon jest tym antychrystem. Co więc robi na jego ciele krzyż? Pytania można mnożyć, bo jak tłumaczy sam zespół album jest wyrazem wierności panowaniu Bonapartego, czyli w skrócie jego tyranii, którą jednak członkowie projektu widzą jako dążenie do postawy życiowej wypełnionej honorem. W tym świetle trochę przewrotnie wyglądają tytuły utworów, które na pierwszy rzut oka prowadzą nas przez życie cesarza, jednak po bliższym poznaniu okazuje się, że wskazują raczej na ostatni jego okres oraz podkreślają odczucia autora względem samego władcy. Mętlik rośnie niebotycznie po przeczytaniu zawartości lirycznej albumu, bo tu już nie mamy żadnych dosłowności i jeśli teksty odnoszą się do panowania Napoleona czy jego śmierci to są jedną wielką metaforą. A na pewno są bardzo uniwersalne i choć można w nich znaleźć odniesienia do życia niskiego Francuza, to są w swej treści i formie tak skonstruowane, że każdy może się w nich przejrzeć. Wszystko to zebrane do kupy daje obraz albumu niebanalnego, z głęboko przemyślanym przesłaniem a zarazem masą pytań bez odpowiedzi. I ten brak bardzo mnie frapuje. Mam ogromną ochotę dowiedzieć się więcej, może kiedyś uda się przepytać członków zespołu. Warto wspomnieć też o okolicznościach nagrania „Antichrist Rise To Power”. Po pierwsze, jest to płyta stara, bo została skomponowana i nagrana prawie dziesięć lat temu w piwnicy znajdującej się w sąsiedztwie najstarszego cmentarza w Nowym Jorku. To kolejny element dodający jej tajemniczego uroku i stanowiący o wyjątkowości. Sam materiał brzmi trochę jakby został zarejestrowany na setkę, ale o to trudno, gdy w zespole jest dwóch panów. Skojarzenie jest jednak absolutnie poprawne, wystarczy posłuchać w kilku momentach pracy gitar – wrażenie „pójścia na żywioł” jest bardzo mocne. Tak czy siak – czy trwało to dzień czy miesiąc – brzmi jak dumny i szanujący się piwniczny, prosty black metal. Kompozycyjnie jednak już taki prosty nie jest. Dużo wnoszą tu rozsądnie zastosowane klawisze, dużo dają oryginalnie połamane linie gitar, dużo wnosi wrażenie braku kontroli nad tym co się dzieje w niektórych momentach. Puszczamy wodze fantazji i hulaj dusza, piekła nie ma. I pewnie nie ma, ale za to jest antychryst. I powstaje bez żadnych zahamowań. Dał przykład nam, dał i przykład im. A oni zrobili z tego doskonały materiał. Muzycznie bardzo dobry, choć w żadnym wypadku wybitny. Przesłaniem jednak zdecydowanie najciekawszy i najbardziej niebanalny z tegorocznych krążków. Bardzo mocno zastanawiający. Stawiający pytania, nie dający odpowiedzi. Trochę jak krzyżówka. Bardzo udana. Gratuluję. 


Departure Chandelier - „Antichrist Rise To Power”. Nuclear War Now! Productions, luty 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz