niedziela, 7 lipca 2019

Do tańca, nie do różańca.


We wrześniu 2018 roku pisałem o koncertówce Moloch Letalis. „Live in Wolfsburg” to zapis gigu podczas którego zespół wykonał sporo materiału jeszcze wtedy nie wydanego a dziś znanego pod tytułem „Krwawy Sztorm”. Jest lipiec 2019 roku a ja wreszcie mogę na spokojnie pochylić się nad tym materiałem. I choć Moloch Letalis do moich faworytów nie należy, to tym albumem bez wątpienia wdrapali się na swój własny szczyt.


Oczywiście życzę im by w przyszłości szli jeszcze wyżej i zdobywali kolejne szczyty swojej twórczości, byle tylko punktem odniesienia i bazą wyjściową był „Krwawy Sztorm”. Zespół, który dotąd był dla mnie studyjnym przeciętniakiem, ot – solidny wyrobnik, który nigdy nie nagrał niczego wybitnego ale też niczego co wołałoby o pomstę do piekła. Za to na scenie prawdziwa bestia, bo też ich muzyka pomimo braku pierwiastka geniuszu na żywo sprawdza się doskonale. I ten zespół wydał wreszcie album, który winduje ich poziom wyżej. Panowie nadal łupią ten swój prosty piekielny metal, tę czarcią mieszankę thrash, death i black metalu, tym razem jednak jest w tym wszystkim jakiś głębszy pomysł, jakaś kompozycyjna sprawność i polot, które powodują, że słuchanie nie dość, że nie nuży to wręcz potrafi zainteresować. Jest tu wreszcie w odpowiednim stopniu zbilansowana agresja z chwytliwością. Materiał kopie po mordzie jak należy ale zachowuje przy tym cechy płyty, której po prostu przyjemnie posłuchać bez okazji do jakiejkolwiek aktywności fizycznej typu szaleństwa pod sceną. Sam zespół doskonale zdaje sobie sprawę z tego jaki ma potencjał na żywo bo napisał o tym utwór, który cechuje oczywiście potężna energia (jak i cały album, duża w tym zasługa naprawdę soczystego i bojowego brzmienia) ale i zabawny, choć w gruncie rzeczy oddający istotę sprawy, tekst. Skoro już jesteśmy przy lirykach. Cóż, to jest ten element twórczości Molocha, który w moich oczach kuleje mocno – nawet jeśli przyjmiemy, że taka konwencja jest celowa i z góry zaplanowana. Momentami aż przykro słuchać tych rymów a o tym że najczęściej padającym tu słowem jest najpopularniejszy polski wyraz na literę K, często upychany zupełnie bez sensu i na siłę pewnie wszyscy wiecie. No i to wszystko razem do kupy nie daje najlepszego obrazu zawartości lirycznej albumu, z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić tę płytę z tekstami o zacięciu filozoficznym, egzystencjalnym czy religijnym. Dlatego mamy tu dużo trupów, gnicia, krwi, nienawiści i pań lekkich obyczajów. I ja to dobrze rozumiem, bo taka przecież jest konwencja, tak to w przypadku takiego grania wyglądało od zawsze. Tylko że – umówmy się – i o tym można pisać zręczniej. Jeśli jednak przyjmujemy za podstawowy obszar działania zespołu podziemne sceny, nie sprawia to kłopotu – w końcu ludzie nie przychodzą na te gigi oczekując wieczoru poezji śpiewanej. A tego, że przy samej muzyce będą bawili się doskonale, jestem pewien. Podsumowując – zespół idzie w dobrym kierunku, stworzył najlepszy album w swoim dorobku, nadal bez ogródek, ogłady i wprawy głosi swoje proste prawdy (jeśli tu uda się trochę temat poprawić, będzie naprawdę fajnie) mając zapewne głęboko w tyłku opinie innych. I bardzo dobrze, bo muzyka jaką panowie grają musi iść w parze z bezkompromisową postawą jej twórców, inaczej traci na autentyczności. Na szczęście dzikości, szału i zapału tu nie brakuje. Diabeł potwierdza, zatwierdza i aprobuje. 

Do bitki, piwka i tańca. Nie do różańca. Zatańczymy w piekle? 


Moloch Letalis - „Krwawy Sztorm”. Old Temple, marzec 2018.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz