niedziela, 30 czerwca 2019

Rzeki uporządkowane.


Czekałem na ten album. Czekałem, bo Rivers Like Veins to jeden z ciekawszych podziemnych tworów, który do tej pory – w moim odczuciu – lekko zmagał się ze swoją tożsamością, szukał drogi, był taki trochę „pół na pół” mocno mieszając elektronikę z black metalem. Recenzując ich split ze Stworz liczyłem, że pełnowymiarowy debiut powie nam wreszcie czym naprawdę jest krakowski duet. I nie zawiodłem się, powiedział. „Z Iskier Srebrnych Orszaków” to deklaracja jasna i klarowna. Deklaracja, której słucham z nieskrywaną przyjemnością.

Już otwierający płytę instrumentalny „Wschód” mówi mi, że to będzie album bijący na głowę poprzednie wydawnictwa. Trzy minuty black metalu niosącego w sobie ducha norweskiej płyty o filozofowaniu wzbogacone oszczędnymi klawiszami robią mi bardzo dobrze. Ten duch „Filosofem” jest tu obecny do końca, choć oczywiście trudno odnosić debiut Rivers Like Veins tylko do czwartego albumu Burzum. Poza tym, to tylko duch, daleka atmosfera, oraz lekkie naleciałości w brzmieniu. Do końca obecne są także klawisze i tu skojarzenia mogą być większe, ale nie muszą. Zresztą, na bok z odniesieniami, bo „Z Iskier Srebrnych Orszaków” to album zupełnie inny, zupełnie inna opowieść i historia. Bardzo ciekawa, zajmująca i wreszcie uporządkowana. Zespół pozbył się chaosu, stworzył dzieło jednorodne, spójne, dające wrażenie pełnoprawnego wydawnictwa i reprezentanta swego czasu w historii projektu. Odpowiedział sobie też na pytanie dotyczące kierunku gatunkowego co zaowocowało znaczącym przesunięciem środka ciężkości w stronę black metalu. O tym albumie nie da się powiedzieć, że jest mieszanką gatunków. To jest płyta stricte black metalowa z niewielkim dodatkiem elektroniki. I bardzo dobrze, bo choć podobały mi się wcześniejsze eksperymenty z samplami, tak Rivers po prostu doskonale sprawdza się w klasycznym repertuarze. Ten album niesie jak wicher po polach ale nie traci przy tym atmosfery tęsknoty, melancholii i zadumy. Bardzo pomagają w tym te oszczędne, momentami ambientowe klawisze i to jest kolejny atut krakowskiego duetu, bo potrafi je wykorzystać znakomicie. Zespół nie wyparł się całkowicie swoich korzeni i DNA, bo znajdziemy tu wycieczki w elektroniczne klimaty ale jest to tylko jeden utwór i można traktować go bardziej jako przerywnik, chwilę odpoczynku od pędzącego black metalu. Kolejnym podtrzymanym elementem są damskie deklamacje. Przy okazji wcześniejszych wydawnictw trochę na nie ponarzekałem, bo wydawały mi się za bardzo pozbawione emocji. Jest ich tu dużo, na tyle dużo, że są mocno zróżnicowane i już wiem, że kiedy Agnieszka chce, to wkłada w to co mówi sporo uczuć, kiedy nie chce – nie robi tego. Wszystko jest więc zamierzone i tak zapewne było też na wcześniejszych materiałach. Oswoiłem się już z tym elementem twórczości zespołu i traktuję jako kolejny element który ich wyróżnia. Pozytywnie, bo dodaje to smaku i buduje klimat. Ten ostatni jest też po raz kolejny wspierany wierszami Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Stanowią one znowu całość zawartości lirycznej albumu i po raz kolejny się sprawdzają. Jestem więc zadowolony. Krakowski duet pozbył się tego, co było nie najlepsze, to co było dobre polepszył i w efekcie dostaliśmy album bardzo dobry, spójny, przemyślany i – strach to przyznać – chwytliwy. Album, który utwierdza mnie w przekonaniu, że Rivers Like Veins to jeden z ciekawszych podziemnych tworów i bez cienia wątpliwości warto będzie czekać na kolejne materiały. Ale na razie sprawdźcie „Z Iskier Srebrnych Orszaków”. Warto. 

Rivers Like Veins - „Z Iskier Srebrnych Orszaków”. Werewolf Promotion, czerwiec 2019.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz