wtorek, 28 maja 2019

Szabla, szklanka i Emperor.


Nie wiem ile prawdy jest w tym naszym braterskim związku z Węgrami a ile mitu i rozdmuchanych legend, bo nigdy tego nie sprawdzałem. Wiecie, te wszystkie wspólne szable i szklanki i że my bratanki. No, nawet jeśli faktycznie tak to wygląda z naszego punktu widzenia, niekoniecznie musi być odwzajemnione. Algras, człowiek stojący za projektem Aornos prędzej tę szablę czy szklankę wzniósłby z Norwegami a konkretnie z Emperorem z okresu „Anthems to the Welkin at Dusk”.

Nic w tym złego, sam chętnie strzeliłbym kielicha z Ihsahnem czy Samothem bo cenię wielce ich wczesny dorobek. Wspomniany już Algras ceni go chyba jeszcze bardziej, bo słuchając ostatniego albumu Aornos „The Great Scorn” trudno pomylić się co do inspiracji Węgra. I w tym nie ma nic złego, bo w końcu wzorowanie się na niewątpliwych mistrzach swych czasów nie jest zbrodnią, szczególnie, że czwarty album Aornos nie jest ani kopią ani plagiatem drugiego albumu Norwegów. Jest jego potomkiem w linii prostej, powiedzmy dwa pokolenia młodszym, czyli (by sprawy uprościć) przyjmijmy, że wnukiem. Ma zdecydowanie charakter i temperament swego dziadka, choć wygląda inaczej. Charakter to gęsty, naładowany do granic możliwości black metal, z dużą ilością zmian tempa, podniosłymi melodeklamacjami, gitarowymi szaleństwami no i oczywiście odpowiednią dawką klawiszy. Wygląda inaczej, bo po prostu inaczej brzmi. Po pierwsze, lepiej (nie znoszę brzmienia „Anthems...” i uważam, że jest spartolone). Po drugie – i nie jest to w tym wypadku minus – nowocześniej a co za tym idzie potężniej. Nie zawsze jest to regułą, ale akurat w tym przypadku tak działa – szczególnie w odniesieniu do gitar i wokali. Generalnie podoba mi się jak ten album jest zrealizowany i tu duży plus. Dla takiego grania jest to bardzo dobry garnitur. Minusem tego dzieła jest jego długość. Niestety, prawie pięćdziesiąt minut muzyki tak gęstej a zarazem nie obfitującej nadmiernie w szaleńczo porywające fragmenty, może trochę znużyć. I tak się dzieje – na szczęście w krytycznym momencie Algras wpuszcza trochę świeżego powietrza i funduje nam klawiszowy przerywnik, który z powodzeniem mógłby trafić na drugi album Emperor i nikt nie powiedziałby złego słowa. Po nim mamy przed sobą jeszcze dwa siedmiominutowe kolosy, tak więc oddech przychodzi z pomocą wtedy, kiedy trzeba. Prowadzi to do wniosku, że jest to album przemyślany i nie będzie to wniosek mylny. Takie wrażenie można odnieść od pierwszych minut, tu nic nie jest przypadkowe a całe szaleństwo, którego na „The Great Scorn” doświadczamy zostało wcześniej rozpisane i przetrenowane. I choć wolę albumy tworzone z większym luzem i większą ilością spontanicznej pasji, zdaję sobie sprawę, że w tej konwencji niewiele można zostawić przypadkowi. Poza tym efekt końcowy jest naprawdę solidny i Aornos nie ma się absolutnie czego wstydzić. Nie znam wcześniejszych płyt węgierskiego projektu, ale ten album zachęcił mnie na tyle, że jeśli uda mi się kiedyś wyczarować trochę wolnego czasu, postaram się poświęcić go właśnie im. Z czystej ciekawości oczywiście, bo kiedy najdzie mnie ochota na takie granie dla czystej rozrywki własnej, prędzej sięgnę po dziadka niż po wnuka. Niemniej jednak, polecam choć raz odpalić bo jak nie szabla czy szklanka to muzyka zawsze może nas połączyć. 


Aornos - „The Great Scorn”. Symbol Of Domination Productions, kwiecień 2018.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz