niedziela, 21 kwietnia 2019

Wojenna maskarada.


Black Metal ist krieg. Black Metal to wojna. To stare i dobrze znane powiedzenie świetnie pasuje do pierwszego i zarazem jedynego pełnego albumu gdyńskiego Kohort. Począwszy od samej nazwy, która jak mniemam odnosi się do rzymskiej kohorty, czyli dzisiejszego batalionu, poprzez okładkę krzyczącą wręcz ostentacyjnie z kim ta wojna i komu śmierć, na samej muzyce kończąc. To właśnie ten odwrócony na krzyżu Chrystus przyciągnął mój wzrok na stoisku z kasetami i spowodował, że bez większego zastanowienia kupiłem „Chrisitian Masquerade”.

Nie miałem pojęcia czy muzyka Kohort jest dobra, czy nie, ale przecież w black metalu nie chodzi o muzykę tylko o wojnę, prawda? Działo się to w okolicach 1996, może 1997 roku, nie było internetu by sprawdzić jak panowie grają, kupowało się poniekąd w ciemno. Poniekąd, bo obrazoburcza okładka była już połową sukcesu. Eternal Devils wypuścił ten materiał w 1995 i jak na tamten czas, był to bez wątpienia jeden z najbardziej bezkompromisowych polskich albumów black metalowych. To w ogóle był dobry rok dla krajowej czarnej sceny bo przecież premiery miały wtedy „Thousand Swords” czy „Sventevith” (pierwszy i ostatni bardzo dobry album Behemoth). Przywołuję te dwie jakże ważne dla polskiego black metalu płyty nie bez powodu. Całą trójkę łączy bardzo silna inspiracja norweską drugą falą, czemu oczywiście trudno się dziwić, bo to wciąż był czas ogromnego prosperity północnego bluźnierstwa. Tym, którzy w tej chwili stwierdzą, że po co o tym pisać, skoro wszyscy się inspirowali Norwegami, przypominam choćby o Christ Agony i Xantotol. Wracając do Kohort i ich wojny muzycznej, o której wspomniałem na początku, w moim odczuciu to druga po „Thousand Swords” rodzima płyta, która zasługuje na miano „wojennego” black metalu. Co mam na myśli? Klimat płyty, agresję i ogień jaki niesie. W odróżnieniu od debiutu Behemoth, tu nie znajdziemy momentów dziś określanych mianem „atmosferycznych”, nie ma nostalgii, zamyślenia czy mizantropii. Tu jest wojna i nienawiść. Kohort niesie ze sobą proste przesłanie i ubiera je w proste środki wyrazu, najwłaściwsze dla gatunku jakim jest black metal. „Christian Masquerade” to prawie trzydzieści pięć minut totalnego muzycznego ataku z jednym wyjątkiem, choć bardzo delikatnym - „Sowers of the Dark Sphere”. Siódmy utwór (jest ich osiem), utrzymany w średnim tempie, z bardzo chwytliwą zagrywką, który do tej pory uważam za jeden z lepszych w historii krajowego black metalu. A wyjątek to delikatny, bo pomimo zwolnienia, utwór nie traci na wydźwięku i dawka niesionej nienawiści nie zmniejsza się ani trochę. Jedynym problem pierwszego i ostatniego albumu Kohort jest jego realizacja. Szkoda, że nie brzmi trochę potężniej, bo po prostu na to zasługuje. Nie jestem zwolennikiem krystalicznego brzmienia, uważam się za fana piwnicy, niestety w tym przypadku brak mocy doskwiera niesamowicie. Można brzmieć garażowo ale potężnie, można garażowo i niestety tak jak „Christian Masquerade” a to odbiera albumowi sporą dawkę pierwotnej brutalności i należytej atencji. Nie wiem (albo nie pamiętam, co też możliwe) jakie były późniejsze losy zespołu i dlaczego nie wydał już żadnego kolejnego materiału, wiem natomiast, że dla każdego szanującego się fana krajowego black metalu jest to pozycja obowiązkowa. Bo tak hartowała się stal, czyli potężna scena, którą dziś mamy.

Kohort - "Christian Masquerade". Eternal Devils, 1995. 




(Tekst powstał dla Horna Zine).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz