piątek, 12 kwietnia 2019

Szczęście w nieszczęściu.


Początek lat dziewięćdziesiątych był dobrym okresem dla polskiego death metalu. Kilka zespołów rozpoczęło w tamtym okresie udane kariery, kilka świetnie zadebiutowało, mieliśmy wtedy scenę bogatą i ciekawą. Często da się słyszeć opinię, że trzy płyty zdominowały tamten okres i ich twórcy uważani są za wielką trójkę rodzimego death metalu tamtych czasów. Twierdzenie to jest o tyle prawdziwe, że faktycznie Vader, Imperator i Armagedon wypuściły płyty świetne, jednak ja poszerzyłbym trójkę do czwórki, bo nie możemy zapominać o słupskim Betrayer.

Oczywiście, ich „Calamity” ukazała się stosunkowo najpóźniej, bo dopiero w 1994 roku, podczas gdy płyty wspomnianej wcześniej trójki to odpowiednio 1992, 1991 i 1993 rok, nie zmienia to jednak faktu, iż poziomem i jakością debiut słupszczan nie odstaje a w mojej prywatnej opinii jest nawet lepszy od „Invisible Circle” Armagedon. Zespół od początku swego istnienia borykał się z kłopotami personalnymi, które finalnie zdecydowały o rozpadzie grupy. Zanim jednak do tego doszło musiał też przejść przez wszystkie utrudnienia tamtych czasów, czyli kłopoty ze sprzętem, brak funduszy, nie do końca uczciwi wydawcy, pół amatorski światek koncertowy, czyli przez wszystko co składało się na ówczesną szarą i trudną metalową rzeczywistość. Pomimo tego parł naprzód, grywał sztuki u boku takich tuzów jak Impaled Nazarene, At The Gates czy Cannibal Corpse. Kiedy wreszcie wypracował swój styl, bo przecież zaczynał jako formacja thrash metalowa i udało się nagrać debiut w postaci „Calamity”, kiedy wszystko wydawało się być na właściwej drodze, Betrayer rozpadł się. Szkoda, bo nagrana w gdyńskim Modern Sound Studio płyta pokazywała duży potencjał zespołu. Nie posiadała takiej gęstości jak „Ultimate Incantation” Vader, nie była tak połamana jak „The Time Before Time” Imperator, ale aż kipiała energią. I kipi do dziś. Na potrzeby tego tekstu musiałem ją sobie odświeżyć i zaskoczyła mnie swoją niekwestionowaną siłą i mocą. Bałem się, że po latach straci swoje atuty, że się po prostu zestarzeje, ale nic z tych rzeczy. Jasne, minęło ponad dwadzieścia lat i pewne rzeczy, takie jak choćby brzmienie czy jakość produkcji czas obnażył. W dobie powszechnego dostępu do sprzętu rejestrującego o dużo lepszej jakości, w dobie powszechnego korzystania z komputerów i po setkach płyt przesłuchanych od tamtego czasu, trudno by brzmienie „Calamity” powalało. Jednak to, że nie powala, nie znaczy, że jest całkowicie do chrzanu. Nie jestem zwolennikiem wymuskanych produkcji, więc mnie osobiście pewne braki w klarowności nie przeszkadzają. Po prostu ten sam materiał nagrany dziś miałby dużo więcej potęgi i mocy, wyrazistości i siły. Nadal jednak słucha się go bardzo dobrze. Trwająca pół godziny płyta nacechowana jest trzema, w moim odczuciu, najważniejszymi czynnikami. Po pierwsze, słychać, że panowie zaczynali od thrashu, stąd nie jest to tak gęsty materiał. Sporo tu przestrzeni, sporo galopujących riffów i charakterystycznej motoryki. Po drugie, nie da się nie zauważyć inspiracji sceną zza oceanu, ale to akurat była rzecz powszechna wśród polskich zespołów w tamtych czasach. Niektóre robią to do dzisiaj, więc nie uważam, by w jakikolwiek sposób ujmowało to debiutowi Betrayer. Szczególnie, że nie mówimy tu o jawnej zrzynce, co najwyżej o mocnej inspiracji i to też nie w aspekcie całościowym. Chodzi tu raczej o pewne patenty, sposób aranżacji, strój gitar czy też nagminne wtedy wykorzystanie wibratora. Po trzecie, najważniejsze, ten album to ogromna dawka energii i radości z grania. Betrayer nie kombinuje za wiele, nie bawi się w matematykę, wie dobrze, że im szczerzej i spontaniczniej tym lepiej. Bo metal to nie fizyka jądrowa, metal to uczucia. Efektem takiej a nie innej postawy jest praktycznie ciągłe parcie tej płyty do przodu. Oczywiście, są tu zwolnienia, trochę technicznych przechwałek i momentów lekko zakręconych, jednak większość tych trzydziestu minut to po prostu jazda do przodu. I za to chwała, bo przecież to death metal a nie konkurs talentów zasuwania po gryfie. Wszystkie trzy wymienione wyżej czynniki zebrane do kupy i zmiksowane pod nazwą „Calamity”, dają album ciekawy nawet dzisiaj a w tamtych czasach wręcz świetny. Szkoda, że losy zespołu potoczyły się tak a nie inaczej, bez wątpienia była to duża strata dla naszej sceny. Jakiś czas temu zespół reaktywował się, jest to już jednak historia na inną opowieść i lepiej niech opowie ją ktoś inny, bo ja wolę wrócić do debiutu, niż do dzisiejszych dokonań Betrayer. „Calamity” bez wątpienia zasługuje na miejsce w czołówce krajowego kanonu death metalu a sam zespół, pomimo tak niewielkiego dorobku wydawniczego z tamtych czasów, na miano legendy sceny.

Betrayer - "Calamity". Morbid Noizz Productions, 1994. 





(Tekst powstał dla Horna Zine).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz