poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Szaleństwo trwa.


W marcu pisałem o debiucie Monstraat (tutaj), dziś pomimo tego, że znowu cofamy się w czasie to jednak skaczemy cztery lata do przodu. Drugi album Szwedów ujrzał światło dzienne w 2017 roku i szczerze mówiąc wielkie zmiany w twórczości skandynawskiego duetu nie nastąpiły. Postrzegam to jako plus, bo „Monstraat” z 2013 roku był albumem udanym. „Scythe & Sceptre” w kilku aspektach mu dorównuje, w kilku przewyższa a w kilku innych jest gorszy, pozostaje jednak płytą co najmniej dobrą.

Zacznę od tego, co pozostaje bez zmian a zarazem jest najważniejsze. Na pewno entuzjazm, pasja i szczere oddanie. Panowie znowu szaleją jak furiaci, nie ma tu żadnej kalkulacji, czysta nienawiść, energia i opętanie. Tyle, że w jeszcze większej dawce bo tym razem – i to pewna nowość – sporo fragmentów sprawia wrażenie totalnego żywiołu, jakby rzucili te dźwięki pomiędzy podmuchy wiatru i czekali co się wydarzy. Nie zawsze efekt jest do końca pozytywny, ale za każdym razem bardzo przekonujący. Monstraat ma zresztą w sobie ogromną dawkę szczerości, którą mnie z łatwością do siebie przekonuje i zaraża. Tu znowu nie ma żadnych fajerwerków, żadnych uśmiechów w stronę gładszego grania, ba – jest wręcz dużo mniej przystępnie niż na poprzednim albumie, ale to po prostu chwyta. I trafia w sedno takiego grania. Po raz kolejny nie mamy co liczyć na klimat zadumy i głębsze przemyślenia, to po prostu jest piekielna jatka, kolejna szalona podróż przez korytarze piekła, bez kombinowania, wprost ku czarcim ogniom i potępieniu. Black metal to nie rurki z kremem a w tym przypadku nawet nie schabowy z kapustą. Co wrażliwsze żołądki mogą nie przełknąć tej diabelskiej polewki, bo wkradający się często chaos i dzikość mogą lekko odstraszać, ale to one właśnie nadają temu albumowi finalnego smaku. Inna sprawa, że nie brakuje tu momentów tanecznych przy których nóżka sama chodzi, ale bez wątpienia jest ich mniej niż na debiucie. Bardzo dobrą robotę wykonują wokale. Jest w nich wszystko co być powinno - szaleństwo, rozpacz, desperacja, gniew, złość, nienawiść – ale są silne mieszanką tych wszystkich uczuć i to daje świetny efekt. „Scythe & Sceptre” to album kilka minut dłuższy od poprzednika co mnie cieszy, bo debiut jednak kończył się za szybko. Pół godziny podzielone na dziewięć numerów (w tym intro i outro, czyli klasycznie i w zgodzie z tradycją) w zupełności zaspokoi żądzę piekielnej inicjacji a zarazem nie spowoduje przesytu. W gruncie rzeczy oba albumy choć oddalone od siebie o cztery lata, siedzą po tej samej stronie ekspresji, pasji i oddania co jasno dowodzi, że Szwedzi są wierni swojej ścieżce. A to cieszy, bo mogę z pełnym przekonaniem powtórzyć to co pisałem przy okazji recenzji „Monstraat” - trzeba szerzyć zarazę a klasyczny diabeł nigdy się nie nudzi, jest to więc zaraza pożądana. No i ta urocza okładka, prosta do bólu a jakże wymowna. Fajny zespół ten Monstraat, czekam na kolejne diabelskie wymioty. 

Monstraat - „Scypthe & Sceptre”. Fallen Temple, 2017.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz